- Mamo, nie mogę się już doczekać? – Czego? – Jak przyjdzie ten święty Mikołaj! Brzuch mnie już boli z tego czekania. 
- Mamo? – Tak? –Jaki dziś dzień? – Niedziela. – Aha. To jeszcze jutro, pojutrze i już? – Nie. Potem jeszcze jeden dzień. – O rany!

Świat dziecięcych „czekań” jest piękny. Jest w nim św. Mikołaj, są urodziny raz w roku, dzięki którym mały człowiek uczy się pór roku i miesięcy w przyspieszonym trybie, bo przecież to bardzo ważne w wieku 5 lat, by wiedzieć, czy ja mam pierwszy urodziny, czy Szymon z mojej przedszkolnej grupy. To są istotne sprawy. Dzieci czekają na wakacje, ferie, wszelakie przerwy w rutynie. Czekają aż odwiedzi je kolega i aż one będą mogły pozwiedzać inne domy.

A święta? To czas najwspanialszego w ich życiu oczekiwania.

Dzieci czekają, żeby zjeść jedną czekoladkę z kalendarza Adwentowego (tylko jedną?). Starsze czekają na zadanie w ciut poważniejszym kalendarzu. Wszystkie, nawet te, które już nie wierzą, czekają na św. Mikołaja. Potem aż pierniczki się upieką. Aż je będą ozdabiać, a przede wszystkim aż je będą mogły zjeść! Aż z tatą pójdą po choinkę. Aż ją ubiorą! Aż pojawi się pierwsza gwiazdka? Aż razem z nią pojawią się prezenty.

I teraz w naszych dorosłych głowach zapala się czerwona lampka: Czy w związku z tym co powyżej małe dzieci czekają w Adwencie na przyjście Jezusa? (O rany, czy czekają?!)

Musimy sobie na to pytanie odpowiedzieć uczciwie. Ani 2-latki, ani 3-latki, raczej 4 i 5 też nie, chociaż w tej ostatniej grupie są już wybitne wyjątki, nie czekają w Adwencie na przyjście Jezusa. Brzmi strasznie... 

Jednak nawet, jak codziennie z mamą i z lampionem wędrują do pobliskiego kościoła na najpiękniejsze w okolicy roraty, to musimy sobie to uczciwie powiedzieć: na Jezusa nie czekają... 

Ale to nie znaczy, że ich czekanie można zbagatelizować, że w tym czekaniu można odpuścić, że to czekanie można po macoszemu poklepać po plecach!

Uwaga, teraz czas na duże i ciut większe słowa!
Okazuje się bowiem, że adwentowe czekanie nadaje sens wielu czekaniom w naszym życiu. Pokazuje, że piękne rzeczy dzieją się naprawdę i mogą się dziać. To czekanie, potem przez całe życie, będzie nam bowiem szeptało do ucha: „To możliwe”, „Warto mieć nadzieję”, „Ludzie są dobrzy”, „Świat jest piękny” w końcu: „Bóg jest dobry”!

Różnie nam się w życiu poukłada, ale bez względu na wszystko, sami przyznajmy, że dziś dalibyśmy tak wiele, by jeszcze raz pod choinką znaleźć straszny sweter – czarny w kolorowe romby, na widok, którego chciało nam się płakać?
Ile byśmy dali, by jeszcze raz napić się barszczu ze szklanki, takiej najprawdziwszej, bez podwójnego szkła, takiej, która parzyła w ręce?
Ile byśmy dali, by zrobić plamę na obrusie i spotkać się z pojednawczym wzrokiem mamy, która mruga, że to nic takiego? (A wtedy nie było obrusów plamoodpornych!)
Ile byśmy dali, by stanąć przy tym małym oknie, gapić się w wielkie czarne niebo, mieć łzy na policzkach, że żadnej gwiazdki nie widać? Ile byśmy dali, by po chwili wrócić do pokoju i przekonać się, że to nic, że są, są prezenty!
Ile byśmy dali, by jeszcze raz podać tacie przedziwne wydanie Nowego Testamentu, w zielonej okładce, szyte, ze zdjęciami z Ziemi Świętej?
Ile byśmy dali, by jeszcze raz zobaczyć twarze wielu naszych bliskich? 

Czekanie w Adwencie opowiada nam o tęsknocie. Tęsknota za domem jest tą, która towarzyszy nam przez całe życie. Bez względu na wszystko.

I ta tęsknota buduje naszą tęsknotę za innymi czterema ścianami. Mowa tu o domu, który znajduje się w miejscu, gdzie mieszkań wiele. Tak, Boże Narodzenie w sercach dzieci wzbudza tęsknotę nie za czymś magicznym, ale za Niebem. Jakkolwiek to zabrzmi: za najprawdziwszym Niebem – zwyczajnym: pięknym, dobrym i pełnym miłości.

Pewnie, że brzmi to wszystko lekko... Cóż? Idą święta. Bóg się rodzi.