Mówi się, że najpopularniejszym świętym w Polsce jest święty spokój i każdy chce go mieć, każdy do niego dąży, ale czasem jednak trzeba, jak to mówią popularni ostatnio coache, wyjść ze swojej strefy komfortu (którego to stwierdzenia prywatnie nie znoszę) i zmierzyć się z tym, co akurat stanęło na naszej drodze, z czymś za co jesteśmy odpowiedzialni i wtedy zaczynają się schody.

Pierwszy przypadek, kiedy nasza odpowiedzialność łączy się z przyjmowaniem pochwał i gratulacji. Z własnego doświadczenia wiem, że bywa to trudne i czasami wzbudza jakieś zupełnie nieracjonalne poczucie winy i takiego pewnego zażenowania, że to właśnie nas ta „przykrość” spotkała. Oczywiście bardzo często wynika to z poczucia skromności, z tego, że nie robiliśmy nic nadzwyczajnego, a tu nas takie rzeczy spotykają. Jeżeli taka postawa wynika z autentycznej pokory i skromności to wszystko jest w porządku, ale jeśli rozgłaszamy wszem i wobec, że nie zasługujemy, że są lepsi i traktujemy te zaszczyty jako zło konieczne to trzeba sobie zadać pytanie, ile jest w tym rzeczywistej pokory, a ile chęci słuchania, jacy to my jesteśmy wspaniali. A to już pycha. Trudne to, dlatego że każdy chce być doceniony. 

W drugim przypadku jest trudniej i łatwiej zarazem. Trudniej z tego względu, że kiedy musimy znieść jakąś przykrość, czy nawet odpowiedzieć za coś dyscyplinarnie, zostać zwolnionymi ze stanowiska, czy też gęsto się tłumaczyć to problemem bywa widzenie własnej winy w takiej sytuacji i wzięcie tego problemu takim, jakim on jest. Łatwiej jest z kolei z tego powodu, że tutaj łatwo można dostrzec pychę. Te sytuacje bywają zazwyczaj bardziej jednoznaczne interpretacyjnie. Czy jesteśmy w stanie wziąć odpowiedzialność za decyzje, które okażą się błędne? Często przecież podejmowane były w dobrej wierze, którą zwykliśmy usprawiedliwiać każdą naszą porażkę czy błąd. Jeżeli popatrzymy na historię świata to raczej niewielu znajdziemy ludzi, którzy robili coś w złej wierze. Przynajmniej subiektywnie i najgorsi zbrodniarze usprawiedliwiali swoje haniebne czyny „wyższym dobrem”, takimi, czy innymi ideologiami. 

Największą trudnością jest przyznać się przed samym sobą do tego, że zawaliliśmy, że zrobiliśmy coś nie tak. Że nasze dobre chęci zmieniły się w błąd, porażkę, w grzech. Ciężko jest, jak się okazuje, w tym naszym świecie, który konstruujemy znaleźć miejsce na porażkę. Porażka jest dziś traktowana jak piętno, a piętnujemy się sami. Biczujemy się często i użalamy, że jesteśmy beznadziejni i że nic nam nie wychodzi. A to pycha, taka sama jak w przypadku celowego umniejszania siebie w przyjmowaniu pochwał. Siłą jest cierpliwość i spokój, ale one same do nas nie przyjdą. Biorą się właśnie z dobrego rozeznania siebie i swojego miejsca w świecie.

Mężczyzna powinien nie bać się w życiu niczego oprócz Boga. To niewiele, a zarazem wszystko. Ten strach przed Bogiem to nie taki dziecinny lęk, że tata wymierzy mi karę, to nie lęk, że ktoś się na mnie obrazi i nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Lęk przed Bogiem, to lęk przed tym, że nie będzie się kochać tak, jak to jest bezinteresownie odwzajemniane, że się zawiedzie Tę Miłość. Jak byśmy się czuli sprawiając ból naszym najbliższym, czy nie boimy się, że możemy im nawet niechcący zrobić krzywdę? Tak samo powinno być z Bogiem, którego często traktujemy jako ideę, a nie jako Osobę. A On jest i czeka aż będziesz odpowiedzialny. Bo Miłość (i ta przez duże M i małe też) jest odpowiedzialnością, nawet jeśli jest ona trudna.

Chcieć dobrze to nie zawsze dobrze czynić, ale chcieć dobrze i brać odpowiedzialność za to co zrobię źle to już męstwo.