Uczniowie przystąpili do Jezusa, pytając: "Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?" On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: "Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje. Baczcie, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych".

 

          

Jezus w prosty sposób pokazuje uczniom drogę do Jego Królestwa. Mają stać się jak dzieci. I tutaj zaczyna się trudność. Jak człowiek dorosły, który ma za sobą różne doświadczenia życiowe, często trudne, które go hartowały, nakładały mu pancerz ochronny, które uczyły go twardych realiów życia, ma naraz stać się jak dziecko – naiwne, bezbronne, szczere i ufne?

Tak jak nam, tak i uczniom niełatwo było zrozumieć, przyjąć i realizować to zadanie. Rzecz, która wydaje się być najprostsza na świecie, okazuje się chwilami najtrudniejsza do zrealizowania. Dlaczego? Ponieważ pycha siedząca w człowieku nie pozwala mu stać się małym jak dziecko, stać się ufnym jak dziecko, otworzyć serce na oścież jak dziecko, uznać swoją niewiedzę i brak wszelkich umiejętności. Bo przyzwyczailiśmy się, że świat podziwia nas za naszą samowystarczalność, radzenie sobie w najtrudniejszych nawet okolicznościach, za naszą inteligencję, wiedzę, dobrą znajomość jakiejś dziedziny. Bo to daje nam poczucie bezpieczeństwa, samozadowolenie, satysfakcję i bardzo karmi miłość własną. Nie przyznajemy się do tego sami przed sobą, mówiąc, że przecież trzeba sobie jakoś radzić w życiu, trzeba być zaradnym, trzeba wiedzieć, umieć, znać się na pewnych sprawach. Bo takie jest życie i świat wokół nas…

A Jezus stawia przed nami dziecko i mówi dalej spokojnym głosem: „Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim”. Pojawia się teraz z pewnością w nas zakłopotanie, jakiś niepokój i poczucie bezradności. Jak zatem we współczesnym świecie, tak wymagającym od człowieka zaradności, stać się dzieckiem? Czy to możliwe? Tak. Wystarczy, że przestaniesz słuchać świata i tego, co nieustannie stara się wcisnąć jako prawdę. Przede wszystkim odrzuć wszystko, co mówi do Ciebie świat! Zamknij uszy ciała, a otwórz uszy swego serca! Posłuchaj tego, co mówi Jezus. Dlaczego w swym sercu stale dajesz pierwszeństwo słowom szatana, a nie słowom Boga? Pozwalając na to, przyzwalasz na wszystko, co ze sobą wnosi: na kłamstwo, obłudę, niepokój, nienawiść, zazdrość, na egoizm i pychę. Otwórz Twoje serce na słowa Boga. Otwórz swoją duszę na Jego kojący ton głosu. Posłuchaj, co takiego mówi do Ciebie: "Tyś Moim synem umiłowanym, tyś Moją córką! Jam cię dzisiaj zrodził!" Bóg już teraz nazywa Ciebie swoim dzieckiem! Bo Ty jesteś Jego dzieckiem! Tylko gdzieś to dziecięctwo Boże w wirze i pędzie życia zatraciłeś!