Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg wywyższył Go nad wszystko i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca.

 

Uniżył (dokładnie wyniszczył) samego siebie, stawszy się podobnym do ludzi. Można się zastanawiać, co takiego wyniszczającego, poniżającego jest w byciu człowiekiem? Przecież każda osoba ma niezbywalną godność, przecież jesteśmy koroną stworzeń. Dlaczego Paweł – czerpiąc z jeszcze starszego hymnu liturgicznego o kenozie Chrystusa – powie, że Chrystus został wyniszczony, przyjmując ludzką postać?

Zapewne dlatego, że to Bóg staje się stworzeniem: niestworzony staje się stworzony. To tak jakby garncarz tak się zachwycił swoim garnkiem, że zapragnął stać się nim, albo jakby cukiernik tak uwielbiał swoje kremówki, że najbardziej w świecie chciałby być kremówką. Banalne, śmieszne przykłady, ale one dużo mówią o tajemnicy owego uniżenia.

Ponadto stać się można tylko konkretnym człowiekiem – nie abstrakcyjnym. Konkretnym, a więc z historią, rodowodem, wiedzą, miejscem i czasem zamieszkania. Ten, Który jest wszechwiedzący, stał się człowiekiem, który miał wiedzę o fizyce czy geografii mniejszą niż dzisiejszy uczeń szkoły podstawowej; ten, Który jest wszechmocny zdany był na pełną opiekę Mamy: karmienie, przewijanie, mycie, wychowanie; ten, Który był doskonały, ma grzeszną i mało chwalebną rodzinę. Stać się człowiekiem – to naprawdę uniżenie. Pytanie tylko, czy ta postawa Chrystusa mnie ożywia? Czy Jego uniżenie mnie pociąga do postawy uniżenia? Czy może jest tak, że mam kija za koszulą i nijak te plecy się nie zegną, aby się uniżyć?