Kiedy trafia się w życiu na chorobę, śmierć kogoś bliskiego czy inne trudne doświadczenie, względem którego odczuwa się zupełną bezradność, można pogrążyć się w rozpaczy i stracić chęć do życia.

Czy jednak da się zobaczyć własne cierpienie jako coś pozytywnego, czy zawsze jest to doświadczenie przygnębiające i niszczące? 

Poruszyły mnie kiedyś słowa św. Jana Pawła II dotyczące cierpienia: „(...) człowiek niewiary trafiający na graniczne doświadczenie cierpienia pogrąża się w poczuciu bezsensu; człowiek wiary w takim samym doświadczeniu – oczekuje zmartwychwstania“. 

Jesteśmy ludźmi zmartwychwstania i żyje w nas Ten, który zmartwychwstał. Tylko On może nadać sens naszemu cierpieniu i przez nie zrodzić w nas nadzieję. Taka jest Jego droga – przez krzyż, który jednak nie staje się jedynie znakiem hańby, ale „drzewem życia“.

Niezwykle wymowna staje się w tym kontekście historia pewnego amerykańskiego prawnika żyjącego w XIX w. w Chicago. Zamożne i bezpieczne życie Horatio Spafforda naznacza najpierw śmierć czteroletniego syna. W kolejnym roku Chicago trawi ogromny pożar, w którym traci większą część majątku. Przez  dwa lata próbuje odbudować swoją pozycję i wrócić do normalnego życia. Jesienią 1873 roku postanawia z całą rodziną spędzić jakiś czas w Europie. Na statek z Nowego Jorku wchodzi jego żona Anna i cztery córki. On sam w ostatniej chwili zostaje w Stanach Zjednoczonych zatrzymany przez pilne i nierozwiązane sprawy biznesowe. Podczas rejsu dochodzi do katastrofy i statek Ville de Havre tonie. Giną wszystkie córki Horatio. Po dwóch tygodniach przychodzi do niego telegram od żony z informacją, że przeżyła tylko ona. Horatio Spafford płynie do niej najbliższym możliwym rejsem. I właśnie podczas tego rejsu, mając serce przepełnione bólem i głowę pełną myśli o sensie życia, Horatio zapisuje wymowne słowa, które staną się w przyszłości jednym z najbardziej znanych protestanckich hymnów: It is well with my soul – moja dusza ma się dobrze (wszystko dobrze z moją duszą).

„Kiedy pokój jak rzeka towarzyszy mojej drodze, 
Kiedy smutek roztacza się niczym morskie bałwany
Jaki mój los by nie był, Ty nauczyłeś mnie mówić:
«Jest dobrze, moja dusza ma się dobrze».

Mój grzech, och, radość z powodu tej cudownej myśli;
Mój grzech, nie w części, ale w całości
Jest przybity do krzyża i już więcej go nie dźwigam
Chwal, duszo moja, Pana, oddawaj Bogu cześć.

Jest dobrze, moja dusza ma się dobrze“.

Wielka rodzinna tragedia, tak przejmująca i wzruszająca, staje się hymnem wiary i dziękczynienia Jezusowi za Jego śmierć i płynące z tego odkupienie. Ta bowiem ofiara i Chrystusowe zmartwychwstanie przynosi nadzieję, że śmierć nie jest ludzkim końcem.

Ten hymn, do którego później napisał melodię Philip Paul Bliss, śpiewany jest na całym świecie jako głęboka modlitwa. Czy Horatio Spafford mógł się spodziewać, że jego cierpienie i zrodzony z niego tekst będzie dotykał przez kolejne dziesięciolecia tak wielu ludzi? Czy mógł przypuszczać, że prostota i piękno jego słów będą otwierać ludzkie serca na tę samą łaskę Bożej miłości, która jego podtrzymywała w chwilach cierpienia?

Papież Franciszek napisał w liście Patris Corde poświęconym św. Józefowi: „Jeśli pierwszym etapem prawdziwego wewnętrznego uzdrowienia jest przyjęcie własnej historii, to znaczy uczynienie w sobie miejsca także na to, czego nie wybraliśmy w naszym życiu, musimy jeszcze dodać jedną ważną cechę: twórczą odwagę. Ujawnia się ona szczególnie wtedy, gdy napotykamy trudności. W obliczu trudności można bowiem zatrzymać się i zejść z pola walki lub coś wymyślić. Czasami to właśnie trudności wydobywają z każdego z nas możliwości, o posiadaniu których nawet nie mieliśmy pojęcia“.

W historii muzyki wielu kompozytorów napisało muzykę pod wpływem bolesnych doświadczeń. Życzę nam wszystkim, byśmy z Bożą pomocą nigdy się nie poddawali, a w obliczu życiowych problemów i cierpienia mieli twórczą odwagę. Ona może przynieść efekty, których teraz nie jesteśmy w stanie przewidzieć.