Są takie lektury, które należy przeczytać. I choć są trudne, choć chciałoby się je schować głęboko i szybko o nich zapomnieć, to nie można tego zrobić ze względu na bohaterki. Kobiety skrzywdzone, które z kart książki wołają już nie tylko o sprawiedliwość, ale przede wszystkim o to, by w końcu ktoś je zauważył i wysłuchał. Nie jest to łatwe, bo to zadanie wymaga nie lada odwagi. A także zgody na to, że wielu będzie tę krzywdę bagatelizować, umniejszać czy – co już jest zupełnie kuriozalne – obarczać je winą za to, co się wydarzyło.
    
Książka Christiny Lamb Nasze ciała, ich pole walki. Co wojna robi kobietom? do takich niepokojących lektur należy. Autorka oddaje w niej głos kobietom z różnych zakątków świata – Afryki, Europy, Azji. To, co je łączy, to przemoc seksualna, której doświadczyły w czasie wojen czy konfliktów zbrojnych toczących się w ich krajach. Nie będę opisywała drastycznych szczegółów, bo nie chodzi o to, by epatować przemocą. Dowodem na okrucieństwo niech będzie choćby fakt, że dla oprawców wiek ofiar nie ma znaczenia. Przemocy seksualnej w czasie wojen doświadczają nie tylko młode kobiety, ale także kilkumiesięczne dziewczynki czy staruszki. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to, czego te kobiety doświadczyły, to najzwyklejsze tortury. Tortury, którym poddawane były tylko dlatego, że urodziły się kobietami.
    
Wielokrotnie w czasie lektury tej książki zastanawiałam się nad tym, co kieruje mężczyznami, którzy dopuszczają się takiej formy przemocy. Wielu z nich przecież ma żony, córki, matki. Wielu w normalnych warunkach nigdy nie posunęłoby się do takich zachowań. A jednak wielu z nich okrutnie krzywdzi kobiety. Czy w Bośni, czy w Demokratycznej Republice Konga, czy w Bangladeszu, czy obecnie w Ukrainie. Mechanizm działania jest ten sam. Trzeba zrobić wszystko, by maksymalnie upokorzyć swoją ofiarę, odczłowieczyć ją, zabrać jej to, co dla niej najcenniejsze, a dodatkowo w bestialski sposób krzywdzić ją na oczach dzieci, rodziców czy małżonka. Tak, by nigdy więcej nie była zdolna do normalnego współżycia, by nigdy więcej nie urodziła dzieci.
    
Ktoś powie, przecież to jest wojna, a na wojnie zwykłą ludzką przyzwoitość czy zasady moralne można sobie co najwyżej powiesić na kołku. Wojna – czy nam się to podoba, czy nie –  pisze je na nowo. Inny doda – na wojnie takie rzeczy się po prostu zdarzają, trzeba przejść nad nimi do porządku dziennego i przyjąć do wiadomości, że przemoc seksualna to broń jak każda inna. Takie tłumaczenia mogli wymyślić tylko mężczyźni. Uciekali się do nich choćby sprawcy, których udało się postawić przed sądem i udowodnić im przemoc seksualną czy brutalne gwałty. Przepraszam, ale takie tłumaczenia do mnie nie przemawiają.
    
Bohaterki Christiny Lamb, niejednokrotnie całymi latami walczące o sprawiedliwość, niezrozumiałe, nierzadko odrzucane przez najbliższych, traktowane niczym śmieci przez społeczności, w których żyją, też stawiają sobie podobne pytania. I też nie znajdują na nie odpowiedzi. To, co mogą zrobić, to upominać się o prawa skrzywdzonych kobiet, to głośno krzyczeć o krzywdzie, jaka je spotkała, i być głosem tych, które same w swoim imieniu nie są w stanie mówić, bo albo ciągle jeszcze nie otrząsnęły się z traumy, albo te okrutne tortury przypłaciły życiem. Warto ich posłuchać, bo chcą powiedzieć ważne rzeczy. I robią to także, by chronić kolejne pokolenia kobiet.