„Na pierwszą godzinę nie przyszedł nikt, drugą też sam siedzę”. „Na pierwszą lekcję przyszło parę osób, ale to młodsze klasy, na następnej nie było już nikogo”. Tylko jednego dnia od dwóch zaprzyjaźnionych katechetów odebrałam takie wiadomości. Zewsząd co prawda słychać o coraz bardziej pogłębiającym się procesie laicyzacji młodzieży, coraz jej mniej na wakacyjnych rekolekcjach i spotkaniach dla młodych. Statystyki dotyczące praktyk religijnych w tej grupie wiekowej także nie napawają optymizmem. Z każdym rokiem ten odpływ jest coraz większy. Może więc te wiadomości nie powinny już nikogo dziwić? Po prostu – jak mawiał klasyk – „taki mamy klimat”. Katecheza dla wielu to synonim dziaderstwa i obciachu. Kto by sobie głowę zawracał dodatkową lekcją, skoro można wcześniej wyjść do domu? A poza wszystkim żaden ksiądz nie będzie nam mówił, jak mamy żyć. Może gdyby ocena z tego przedmiotu liczyła się do średniej, to byłaby jakaś motywacja, a tak to totalna strata czasu. Nie ma w tych słowach ironii. Tak myśli naprawdę wielu młodych ludzi, którzy Kościół kojarzą wyłącznie ze skandalami seksualnymi, a nie z Jezusem, którego z różnych względów w tym Kościele nie spotkali.

Kiedy katecheza wchodziła do szkół, byłam w ostatniej klasie szkoły podstawowej. Frekwencja na lekcjach niemal sto procent. Nie chodzili w zasadzie tylko świadkowie Jehowy. Wszyscy inni, nawet jeśli w niedzielę nie po drodze było im na mszę, na katechezę przychodzili. Potem zaraz było liceum i znów niemal sto procent frekwencji. Może dlatego, że ksiądz po prostu z nami był, na przerwach nie chował się w pokoju nauczycielskim, tylko z nami rozmawiał. Nie bał się konfrontacji, nie bał się trudnych pytań. Wyjaśniał, tłumaczył, słuchał naszych żalów, pretensji. Jeszcze wtedy nie na Kościół, bo ten był wówczas potęgą, ale na zwykłe problemy nastolatków – z nauczycielami, rodzicami, pierwszymi miłościami. Ale też nie uciekał od swoich problemów. Nie chodziło o to, że nas nimi obarczał. Raczej pokazywał, że każdy wybór ma swoje konsekwencje. Skoro wybrał kapłaństwo, życie bez rodziny, to w takie życie wpisana jest choćby samotność. Do dziś pamiętam jego opowieść o tym, jak w drugi dzień Świąt Wielkanocnych jeździł po Warszawie tramwajem bez celu, żeby tylko nie siedzieć samemu w czterech ścianach. Był wobec nas szczery i to procentowało. Nie udawał, że jest tylko nauczycielem. Był przede wszystkim księdzem. I to dla nas, wówczas nastolatków, było szalenie istotne.

Co więc takiego się wydarzyło, że dziś sale podczas zajęć z katechezy świecą pustkami, a katecheci frustrują się coraz bardziej, bo nie mają kogo uczyć? Może zabrakło pasjonatów? Może wysłanie do szkół księży, odciąganie ich od pracy duszpasterskiej wcale nie było takim dobrym pomysłem? W końcu to, że ktoś ma święcenia kapłańskie, nie jest równoznaczne z tym, że będzie świetnym nauczycielem. Wielu świetnych księży nie odnalazło się w szkole, tę pracę przypłaciło depresją, poczuciem braku sensu. Bo skąd czerpać motywację, kiedy wszyscy są przeciwko, kiedy pies z kulawą nogą nie wykazuje zainteresowania tym, co mówią. Albo kiedy z ust swoich kolegów słyszą, że śmierdzi tu klerem, kiedy wchodzą do pokoju nauczycielskiego. Albo uczniowie wyzywają ich od pedofilów i oskarżają za całe zło tego świata. Nie jest łatwo słuchać takich obelg. Z każdym dniem bolą one coraz bardziej. W tej sytuacji ciśnie się pytanie, tak dramatycznie zadane przez pewnego anonimowego neoprezbitera: „Co ja ci zrobiłem, że mnie krytykujesz i obrażasz?”. Zazwyczaj nic, ale to przecież nie ma dziś, niestety, żadnego znaczenia.

Zdaję sobie sprawę, że wszelkie uogólnienia są krzywdzące. Jest przecież wielu fantastycznych katechetów, którzy potrafią zainteresować młodzież, zmobilizować ją do działania, zachęcić do pogłębiania swojej wiary i duchowości. Jeszcze mają siłę i zapał. Jeszcze im się chce. Jeszcze nie traktują tej pracy jako koniecznego zła. I oby jak najdłużej. Spoczywa bowiem na nich ogromna odpowiedzialność. Od nich bowiem w dużej mierze zależy, czy ci młodzi ludzie znajdą argumenty za tym, by pogłębiać swoją wiarę, czy zupełnie się zniechęcą i już nie bierzmowanie, a pierwsza komunia święta będzie dla nich sakramentem pożegnania z Kościołem.