Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat pośród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze mówili do Niego: «Patrz, czemu oni czynią w szabat to, czego nie wolno?». On im odpowiedział: «Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie i poczuł głód, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom». I dodał: «To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest Panem także szabatu».

 

Początek dzisiejszej Ewangelii zapowiadał się dość sielankowo. Pomimo tego, iż Palestyna to zupełnie inny klimat, to jednak spacer pośród szumiących łanów zboża zazwyczaj nastraja radośnie i działa kojąco.

Dziwi jednak i szybko burzy sielski nastrój obecność faryzeuszy. Była ona czymś normalnym w synagodze czy też na ulicy, w publicznym miejscu, w którym gromadzili się ludzie. Ale pośród pól, na polnej drodze, wśród idących za Jezusem...

No właśnie! Szli za Jezusem. Podjęli spory wysiłek w upale dnia, ale nie po to, aby Go słuchać i uczyć się od Niego. Szli pełni złych myśli, z nastawieniem, aby wytknąć Mu błędy, aby postawić Mu zarzut łamania prawa i tym samym podważyć Jego wyjątkowość w oczach rzeszy zwolenników.

Jak wielki musi być dramat człowieka, który jest tak blisko Jezusa, idzie za Nim, ma możliwość wsłuchać się w Jego słowa, a nic z tego nie czerpie. Nie chce tego i jest mu to obojętne, lecz pod byle pretekstem usprawiedliwia swoje zaniedbania i brak wierności.