Gdy Jezus przebywał w Galilei z uczniami, rzekł do nich: "Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Oni zabiją Go, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie". I bardzo się zasmucili. Gdy przyszli do Kafarnaum, przystąpili do Piotra poborcy didrachmy z zapytaniem: "Wasz Nauczyciel nie płaci didrachmy?" Odpowiedział: "Tak". Gdy wszedł do domu, Jezus uprzedził go, mówiąc: "Szymonie, jak ci się zdaje: Od kogo królowie ziemscy pobierają daniny lub podatki? Od synów swoich czy od obcych?" Gdy Piotr powiedział: "Od obcych", Jezus mu rzekł: "A zatem synowie są wolni. Żebyśmy jednak nie dali im powodu do zgorszenia, idź nad jezioro i zarzuć wędkę. Weź pierwszą złowioną rybę, a gdy otworzysz jej pyszczek, znajdziesz statera. Weź go i daj im za Mnie i za siebie".

 

Jezus wcale nie musiał płacić tego podatku. Był on bowiem wymagany od Żydów wyznających judaizm (zwolnieni byli tylko kapłani, lewici i pracownicy świątyni), a nie od wędrownych nauczycieli przemieszczających się po Judei i Galilei.

Poborcy wyraźnie nie byli pewni... Tym bardziej że głosił, iż jest Bożym Synem, a podatki ustanowione w prawie żydowskim przeznaczone były na świątynię Jego Ojca. A jednak postanowił zapłacić, by nie tworzyć precedensu, nie dawać niepotrzebnego pretekstu do kolejnych konfliktów z faryzeuszami.

Fascynuje mnie ta postawa Chrystusa, gdy myślę, ile razy tworzymy w naszym życiu niepotrzebne precedensy, ile razy dajemy powód do dyskusji w otoczeniu, bo nie zachowaliśmy lojalności...To trudne zrobić coś, co wygląda na pierwszy rzut oka na absurdalne, jak konieczność płacenia tych dwóch drachm, a jednak niekiedy warto. Warto być gotowym do ustępstw, pójść na kompromis między naszym wyobrażeniem a oczekiwaniem innych.

Malowniczy obraz z pieniążkiem w pyszczku złowionej rybki interpretuję zaś jako dowód, że i tak wszystko, co mamy, czym się dzielimy, pochodzi od naszego Ojca w Niebie.