Drugi tydzień adwentu. Słowo na ten czas: zmiana, a raczej jej brak. 

Refleksja. 
Droga do Betlejem daleka. Za moment zmieni się życie Maryi i Józefa, jak życie wielu innych rodziców na świecie. Mały człowiek duże zmiany. Nic nie będzie już takie samo i tak samo. Niedospane noce, ale i radość z pierwszego uśmiechu, słowa, kroku. Mały człowiek. 
To prawda, że Maryja w tej drodze do Betlejem jeszcze nie wie, że za chwilę zmieni się nie tylko historia jej życia, ale i historia całej ludzkości. I nie na długie lata, ale na całe kolejne tysiąclecia. Jednak zapewne od momentu Zwiastowania Maryja jednego może być pewna: odtąd stałą w jej życiu będzie „zmienna”. 

Zmiany jak wiemy bywają trudne. Oczywiście są wyzwaniem, okazją, szansą, ale zanim uzyskamy taką optykę przyglądania się naszym życiowym zmianom, najpierw są zwyczajnym lękiem, niepewnością i zwątpieniem.

Co to wszystko ma wspólnego z brudnymi oknami w naszym domu, hotelowym spa i karpiem w galarecie?

Święta Bożego Narodzenia to czas świętowania opowieści o najpiękniejszej zmianie, jaka jest udziałem ludzkości. Jednak, tak jakoś Pan Bóg to poukładał, że najpiękniej ową zmianę świętujemy w stałości. 

Stałością są roraty, które każdego roku każą nam walczyć ze zniechęceniem, zimnem i ciepłą kołdrą.
Stałością jest wieniec Adwentowy i cztery świece. Ich wosk bezlitośnie plami kolejne obrusy.
Stałością są krzywe i trochę ciut za twarde pierniki. Najlepsze, bo pieczone w domowym piekarniku.
Stałością jest myśl o spowiedzi przedświątecznej. Ta myśl zawsze przychodzi za późno.
Stałością jest magia Wigilijnego wieczoru. Przez lata każdy wypisał w naszym sercu osobną opowieść.
Stałością jest Pasterka. Zawsze ciut za długa.
Stałością jest jedzenie. Zawsze ciut za dużo. 
Stałością jest Jezus. Zawsze.

Jasne, że przyjdzie i do hotelowego pokoju. Nie będzie mu zapewne przeszkadzał ani atrakcyjny pakiet zabiegów spa, ani karp podany w galarecie na świątecznym stole w nieswoim domu.

I wszystko będzie piękne, trzeba przyznać, że nawet piękniejsze. Choinka. Ten nie nasz stół. Serwetki w renifery. Barszcz tak smaczny, że głupio nie poprosić o dokładkę. Pachnąca pościel. I nawet może się zdarzyć, że bliscy będą wokół. 

Z dużym jednak prawdopodobieństwem trzeba stwierdzić, że będzie nam jednak brakować: naszego stołu, naszych plam, niedomytych podłóg, góry naczyń po kolacji wigilijnej, opłatka połamanego przez dzieci zanim zaczęto się łamać, grzybowej (może za mało śmietany?), pierwszego dnia świąt w piżamach do południa. 
Tak to już zostało wymyślone, że te plamy, grzybowa, kłótnie, pośpiech, łzy wzruszenia, doniosła cisza modlitwy w naszym domu – to one zbudują nasze Boże Narodzenie. Z Jezusem. Żywym. Prawdziwym. Wprowadzającym w historię ludzkości jedną wielką zmianę, która wyznaczy kierunek naszemu życiu: nadzieję na zbawienie.

Ps. 
Pewnie, że każdego kusi spa i karp w galarecie na nieswoim stole. Może więc raz w życiu warto spróbować, by przekonać się o...? Nie ma co gdybać „o czym”. Każdy ma szansę, by przekonać się o czymś bardzo swoim, osobistym, intymnym, czymś, co mówi o nim i jego tęsknotach, ale i o ich braku. I nie ma też co przyklaskiwać z ironią na twarzy, bo z pewnością wielu z nas – i ten hotelowy karp i zabiegi w spa – przypadną do gustu. Pozostanie oczywiście pytanie o związki naszych „gustów” z Bożym Narodzeniem...

Ps. 2
Autorska uwaga. Nie znam żadnej wzruszającej opowieści o wigilii spędzonej w spa. Oczywiście, dopuszczam myśl, że ktoś zna i że są tacy, którzy nie potrzebują wzruszeń.