W ostatnich dniach na oczach całego świata toczyła się walka o życie i godną śmierć dwuletniego brytyjskiego chłopca. Alfie Evans nie żyje. Czego nauczyła mnie ta historia?

Na temat Alfiego Evansa powiedziano już wszystko, a przynajmniej bardzo wiele – dyskutowano o różnicach między uporczywą terapią a eutanazją, o konflikcie bezdusznych sądów i kochających do ostatniego tchu dziecka rodziców, o europejskiej cywilizacji śmierci i zwycięstwie szatańskiej logiki.

Mnie ta historia uczy miłości. W pierwszej kolejności pokazała mi, jak Bóg walczy o człowieka, jak walczy o mnie. Każdego dnia, chociaż często tego nie dostrzegam, bo ta walka nierzadko jest niewidoczna dla oczu, toczy się wielka batalia o moją duszę. Bóg zrobi wszystko, bym nie umarł. Tak jak w przypadku małego Alfiego, porusza cały świat – tłumy ludzi na całym globie, światowe media, prezydentów a nawet papieża. Bóg walczy o mnie każdego dnia – i wtedy, kiedy stoję przed wyborem zła, gdy popełniam grzech ciężki, i wtedy, gdy „mnożą się” trudności w dotarciu do konfesjonału, który pozwala mi na nowo odzyskać moją godność. Bóg walczy o mnie do ostatniej kropli krwi swojego Syna. Bóg walczy o mnie, bo tak mnie kocha.

***

Alfie Evans zmarł w nocy 28 kwietnia. Kilka godzin przed ogłoszeniem błogosławioną Hanny Chrzanowskiej. To przedziwny zbieg okoliczności, ale dobrze wiemy, że w Bożej logice nie ma przypadków. Gdyby Alfie żył jakieś pół wieku temu w Krakowie, to jest duże prawdopodobieństwo, że pani Hanna otoczyłaby go czułą opieką. Gdyby pani Hanna żyła w kwietniu 2018 roku, to jest duże prawdopodobieństwo, że w sprawie Alfiego coś by wymyśliła.

Kard. Angelo Amato, który w imieniu papieża Franciszka dokonał beatyfikacji polskiej pielęgniarki w sobotę 28 kwietnia w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach powiedział, że Kościół w osobie Błogosławionej Hanny Chrzanowskiej „świętuje kreatywność chrześcijańskiego miłosierdzia, które na wzór Jezusa Dobrego Samarytanina szeroko otwiera swoje ramiona, aby przyjąć, otoczyć opieką i troską chorych, cierpiących i słabych”. Prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych nazwał też Hannę „latarnią światła w ciemności ludzkiego bólu” a za świadkami jej świętości przywołał określenie „Anioł nadziei chrześcijańskiej”.

„W atmosferę bólu i cierpienia Hanna potrafiła wnieść promień światła i radości. Dzięki wewnętrznemu pokojowi i prostocie zachowań była często nazywana „cioteczką”, wzbudzając zaufanie, pokój, radość a także nadzieję na przyszłość. Jej wiara w Boską Opatrzność oraz niebiańską przyszłość pobudzała do życia i do entuzjazmu” – mówił w Krakowie kard. Amato.

W czasie homilii beatyfikacyjnej zostało przywołane jedno ze świadectw, które jest dowodem na kreatywność miłosierdzia Hanny Chrzanowskiej. „Pewnego dnia Hanna dowiedziała się o ciężkiej sytuacji dwóch starszych pań, potrzebujących natychmiastowej pomocy. Kobiety żyły w złych warunkach higienicznych, w brudzie, narażone na chłód i głód. Zaraz więc nasza Błogosławiona wzięła sanki i poszła pukać do drzwi różnych klasztorów, prosząc o trochę węgla, aby rozpalić w ich piecu. «Kiedy piec się rozgrzał – tak kontynuuje świadek w swoim zeznaniu – nalałyśmy wody do miski, zagrzałyśmy ją na piecu i umyłyśmy staruszki. Następnie uprałyśmy trochę bielizny. Służebnica Boża nie wstydziła się żadnej posługi w stosunku do chorych, zakasywała rękawy i pracowała razem ze mną. Była to dla mnie najlepsza szkoła służby chorym»”.

Inne, to świadectwo Aleksandry Opalskiej, które przywołuje Paweł Zuchniewicz w swojej książce „Siostra naszego Boga” (wydawnictwo Znak, Kraków 2017). Nieuleczalnie chora czterdziestoletnia kobieta. Bezwładna. Nogi z potwornymi obrzękami. Dłonie opuchnięte. Brodę opiera o deskę wspartą na poręczach dwóch krzeseł. Cały dzień spędza w fotelu. Opiekująca się nią siostra daje jej pić przed wyjściem do pracy, a chleb kładzie w zasięgu ust. Jeśli kobieta przez swoją niezdarność go strąci, to będzie głodna przez cały dzień. Na podłodze leżą odchody. Co zrobiła pani Hanna? W krześle, na którym całe dnie spędzała kobieta, wycięła dziurę a pod spód włożyła wiadro na nieczystości. W czasach, gdy można było tylko pomarzyć o pampersach kreatywność pani Hanny pozwalała utrzymać względną czystość i zachować odrobinę godności kobiety.

***

Pomysłowością twórczyni pielęgniarstwa domowego zachwycony był ks. Karol Wojtyła. Jestem przekonany, że to takie osoby jak Hanna Chrzanowska zainspirowały go – już jako Jana Pawła II – do wołania na początku XXI wieku o „nową wyobraźnię miłosierdzia”. Dziś trzeba „kontynuować tradycję miłosierdzia, która już w minionych dwóch tysiącleciach wyraziła się na wiele różnych sposobów, ale która obecnie wymaga może jeszcze większej inwencji twórczej”. 

Na czym dziś ma polegać „wyobraźnia miłosierdzia”, o której pisał Jan Paweł II czy „kreatywność miłosierdzia”, o której mówił kard. Amato? Nie chodzi wyłącznie o skuteczność pomocy, ale także o „zdolność bycia bliźnim dla cierpiącego człowieka, solidaryzowania się z nim, tak aby gest pomocy nie był odczuwany jako poniżająca jałmużna, ale jako świadectwo braterskiej wspólnoty dóbr”.

„Czyż taki styl bycia nie stałby się największą i najbardziej skuteczną formą głoszenia dobrej nowiny o Królestwie Bożym? Bez tak rozumianej ewangelizacji, dokonującej się przez miłosierdzie i świadectwo chrześcijańskiego ubóstwa, głoszenie Ewangelii – będące przecież pierwszym nakazem miłosierdzia – może pozostać niezrozumiane i utonąć w powodzi słów, którymi i tak jesteśmy nieustannie zalewani we współczesnym społeczeństwie przez środki przekazu. Miłosierdzie czynów nadaje nieodpartą moc miłosierdziu słów” (List apostolski „Novo millennio ineunte”).

Błogosławiona Hanno Chrzanowska, módl się za nami!