Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: "Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem".

 

Jakże często pragnę iść za Jezusem w ciągłej pomyślności... Jakże łatwo mi odrzucać prawdziwy sens drogi Chrystusowej – niesienie krzyża, tego konkretnego, o różnym ciężarze, którym co dnia On mnie obdarza. A ja nieraz udaję, że go nie widzę, nieraz zrzucam na innych te ciężary. A tak tęsknię za bliskością z Jezusem i zapominam, że przylgnąć do Niego, tak serce do serca, jest możliwe, gdy co dzień będę przyjmować swój krzyż – trudy, zmartwienia, porażki, odrzucenie, niespełnione nadzieje, cierpienie, zmęczenie, rezygnację z własnej wygody, z żądania czegokolwiek dla siebie...