Ostatnio w Internecie mogłam śledzić dyskusję na temat metod wychowawczych oraz terminologii stosowanej przez specjalistów, ale też rodziców. Dla jednych termin „metoda wychowawcza” nacechowany jest dość negatywnie i rozumiany jest jako coś, co należy zastosować, by uzyskać pożądany efekt. Kojarzy się raczej z poświęceniem i z wykonaniem konkretnego zadania. Inni w powyższym stwierdzeniu upatrują raczej wskazówek do tego, by stawać się lepszym rodzicem. Ciężko stwierdzić, kto w tym sporze ma rację. Myślę, że prawda jest zawsze pośrodku. Sam termin „metoda” faktycznie wydaje się być surowy i zupełnie oderwany od prawdziwych relacji międzyludzkich. Skutek wdrożenia różnych metod czy zasad w życie u jednych i drugich jest ten sam. W macierzyństwie i rodzicielstwie jest wiele poświęcenia, oczywiście z miłości do dzieci, natomiast samo wychowywanie jest już swego rodzaju, niestety, metodą, by nasze dziecko umiało się odnaleźć w świecie, nauczyło się nazywania i rozumienia swoich emocji, by w końcu móc nawiązywać relacje społeczne.

Kiedy zostajemy rodzicami, często czujemy się nieco zagubieni. Pragniemy, by nasze dzieci wyrosły na zdrowych, mądrych, samodzielnych i znających swoją wartość ludzi. Ciągle zadajemy sobie pytanie, jak tego dokonać, tym bardziej że często sami nie czujemy się na siłach i nie jesteśmy na tyle doskonali, by kształtować małego człowieka. Owszem, wiele czerpiemy z własnych doświadczeń, rozmawiamy ze swoimi rodzicami, dziadkami, analizujemy swoje dzieciństwo i ostatecznie dochodzimy do wniosku, że pewne rzeczy chcemy przekazywać dalej, ale są i takie, które chcielibyśmy zmienić, a nawet ich uniknąć. Te tzw. metody zmieniały się w każdym pokoleniu. Inaczej wychowywali nasi dziadkowie, inaczej nasi rodzice, a z pewnością jeszcze inaczej będą wychowywać swoje dzieci – nasze dzieci.

Podejrzewam, że niejedna mama, niejednokrotnie i nierzadko, usłyszała od swoich rodziców odgrażanie się: „zobaczysz, jak będziesz mieć swoje dzieci”. Starsze pokolenia uważają, że dziś zbyt dużą uwagę przywiązuje się do książkowego, naukowego wychowania dzieci albo, o zgrozo, stosuje się tzw. wychowanie bezstresowe, a co za tym idzie, rodzice pozwalają i dają sobie wchodzić na głowę, wychowując egocentryków.

Zatem, czy istnieje metoda wychowawcza zwana wychowaniem bezstresowym? Żeby nie być gołosłowną, nieco poszperałam w zakamarkach skarbnicy wiedzy doktora Google i okazało się, że to kolejny twór wymyślony przez pokolenie naszych dziadków i rodziców. To zbiór teorii, które święciły triumfy w latach 50.-70. ubiegłego wieku. Zakładały one bezgraniczną tolerancję wobec zachowań innych osób, kojarzone były z wychowaniem bez stawiania granic czy odejściem od tradycji. Co ciekawe, twórcy powyższych teorii w późnej fazie swojej działalności dość często odchodzili od swoich poglądów bądź je weryfikowali, ponieważ nie przynosiły one zamierzonych skutków.

Odchodząc jednak od psychologicznego ujęcia tematu, gdyż nie jestem absolutnie ekspertem w tej dziedzinie, tak po ludzku rzecz ujmując, wydaje mi się, że nie ma czegoś takiego, jak bezstresowe wychowanie. Bo czy w ogóle możliwe jest życie bez jakiegokolwiek stresu. Już małe dziecko stresuje się i mocno niecierpliwi, kiedy chociażby nie zostało jeszcze przyłożone do piersi. Co istotne, stres jest bodźcem rozwoju, może działać na nas mobilizująco. Ponadto stres dorosłego może różnić się nasileniem od stresu dziecka, ale jest równie ważny na danym etapie rozwoju człowieka. Nie da się zupełnie go uniknąć.

Doskonale da się zaobserwować różne reakcje rodziców na stres swoich dzieci. Jedni rodzice niemalże na wszystko się zgadzają, bo bardzo boją się „wybuchu” u dziecka, dając tym samym przyzwolenie na wykorzystywanie się i odebranie im należytego szacunku. Z drugiej strony, są też rodzice, którzy w swej bezradności próbują tuszować tzw. złe emocje, jak gniew, złość, rozczarowanie, stosując metodę kar i nagród. W ten sposób nieświadomie, bądź świadomie, karzemy dzieci za emocje, do których mają prawo. Czy dorośli ich nie posiadają? Taki wojskowy dryl uczy podporządkowania silniejszemu, co skutkuje brakiem pewności siebie, nieumiejętnością decydowania. Dla uniknięcia kar dziecko będzie kłamać i buntować się. Niby chcemy uchronić dziecko, a jednak zabijamy w nim beztroskę i odwagę. Podobnie jest, kiedy próbujemy izolować nasze dzieci od różnych doświadczeń i trzymamy je w „złotej klatce”. Wtedy również nie pozwalamy im odczuwać emocji, które mogą być w naszym rozumieniu złe. Tak naprawdę wyrządzamy krzywdę dzieciom, ale i po części sobie.

Wydawać by się mogło, że lekarstwa na trudności związane ze stresem można szukać w komunikacji i wzajemnym poszanowaniu swoich potrzeb i emocji. Bardzo bliskie mojemu sercu jest podejście wywodzące się z rodzicielstwa bliskości i porozumienia bez przemocy. To, co niektórzy uważają za bezstresowe wychowanie, bo daje się dziecku możliwość odczuwania swoich wszystkich emocji – od radości po złość, jest kluczem do zrozumienia dziecka, ale tylko wtedy, kiedy towarzyszymy mu w tej drodze do poznania samego siebie, kiedy dajemy mu wsparcie i pełną akceptację. Jest to z pewnością dość trudne do wykonania dla osoby o wybuchowym temperamencie i niecierpliwym usposobieniu, ale też stosunkowo łatwe, kiedy damy również sobie czas i przyzwolenie na odczuwanie różnych emocji związanych z macierzyństwem.

Nieprawdą jest również to, że w duchu porozumienia daje się dziecku nieograniczoną swobodę. W rzeczywistości jest tak, że każdy z nas potrzebuje pewnych reguł, by wiedzieć, kiedy coś dla nas jest dobre, wartościowe, a kiedy już może być dla nas niebezpieczne. Tak samo jest z dzieckiem. Bez zasad, bez stawianych granic dziecko, podejrzewam, czułoby się zagubione. Natomiast nie można stale mówić dziecku, że czegoś nie może, nie może dotknąć, nie może podejść, bo wtedy również czuje niepewność, niechęć do poznawania nowych rzeczy, a nawet bunt.
    
Jedno jest pewne i z tym większość matek, babć, dziadków się zgodzi, że tzw. wychowanie bezstresowe rozumiane jako wychowanie bez granic, bez tradycji jest utopią. Przekonanie o możliwości wyeliminowania stresu z życia naszych dzieci i danie im pełnej swobody może być niebezpieczne dla dziecka, które mogłoby zrobić coś nieodwracalnego. Co najważniejsze, czy dzieci wychowane w takich warunkach poradzą sobie w sytuacjach stresowych?