Jedni - ci najmniejsi, już śpią, inni, głównie rodzice, tkwią wówczas w tak zwanych dorosłych sprawach – pracy, obowiązkach domowych, ale i szkolnych zadaniach. 

Małgorzata Grabowska: Powiem tak: czasami nam się udaje, a czasami nam się nie udaje spotkać na wieczornej modlitwie. Oczywiście są pewne trudności, by spotkać się w szóstkę. Zależy to głównie od różnych pór i sposobów zasypiania dzieci. Kiedy dzieci były młodsze, takim stałym punktem była modlitwa rano, tuż przed śniadaniem. Teraz jednak każdy wychodzi na inną godzinę.

Krzysztof Grabowski: Poza tym bardzo często modlimy się wszyscy razem podczas jazdy samochodem.

Małgorzata: Tak, to ważne momenty. Sama staram się modlić codziennie z dziewczynkami w drodze do przedszkola. Ma to nie tylko wymiar duchowy, ale i wychowawczy. W taki sposób unikam m.in. sporów o to, gdzie kto siedzi. Nie ma czasu na kłótnie. Jest czas, by dobrze zacząć dzień.

Dzień do dnia i tak powstaje miesiąc, potem rok i nagle lata. Rodzina Grabowskich szuka czasu, by wziąć udział w rekolekcjach lub innych spotkaniach, które pozwolą duchowo wzrastać w małżeństwie, w macierzyństwie, ojcostwie. Czy to nie jest jednak tak, że ogromny trud związany z organizacją tego typu wypraw przesłania potencjalne korzyści?

Małgorzata: Oczywiście, to za każdym razem jest wyprawa!

Krzysztof: Szczerze powiem, że podczas ostatnich rekolekcji, byłem lekko przerażony. Gosia to wszystko zaaranżowała i nie do końca byłem świadom, co może nas tam spotkać. Zatem kiedy przyjechaliśmy na miejsce i zobaczyłem, że mamy przez kilka dni mieszkać w jednym, maleńkim pokoju, a potem, kiedy okazało się, że nasze dzieci są tak naprawdę za małe, by zostawić je pod opieką animatorów, przyznam, że zwątpiłem. Właściwie tylko Antek chciał spędzać ten czas z harcerzami. Reszta była przy nas.

Małgorzata: To prawda. Było to dla nas wyzwanie. Plan rekolekcji był bardzo napięty. Kilka konferencji, codziennie Msza św., uwielbienie, grupy dzielenia. Dzień kończył się o 22.

Krzysztof: Ale Msza św. i uwielbienie to był dobry czas. Dzieci w kościele były kimś naturalnym. Nikomu nie przeszkadzały, nikogo nie gorszyły. Były w pełni akceptowane, żywo włączały się w śpiew. Ta ich spontaniczność bardzo mi się podobała.

Małgorzata: Brałam im książki i musiały być np. cicho przez godzinę, bo tyle trwał jeden wykład. Pomimo trudu i ogromnego wysiłku, który włożyliśmy całą rodziną, dużo dał nam ten czas. Jeśli nawet w pełni nie mogliśmy brać we wszystkim udziału, pozostała ogromna wartość tego, co udało się gdzieś zasłyszeć, wymodlić. Wierzę, że Pan Bóg po prostu działał w miarę naszych możliwości.

Krzysztof: Uważam, że w temacie duchowości w naszej rodzinie, powinniśmy poruszyć też temat indywidualnej modlitwy, za którą przyznam, tęsknię. Kiedyś była ona dla mnie bardzo ważna, ale odkąd mamy dzieci, trudno mi o nią zadbać. Czasami udaje mi się pomodlić w drodze do pracy modlitwą do Ducha św. lub Koronką do Bożego Miłosierdzia, ale to tyle. Brakuje mi takiego regularnego spotkania z Bogiem.

Małgorzata: Wydaje mi się, że rozumiem te oczekiwania, które dotyczą modlitwy idealnej, czy też idealnych warunków do tej modlitwy. Na co dzień staram się jednak nie wyobrażać sobie tego, jak ja bym chciała, żeby wyglądało moje życie religijne. Wiem, że tak nie będzie, więc robię to, co mogę. Często zawierzam Panu Bogu nasze życie w modlitwie spontanicznej, czy Akcie Strzelistym lub też dobrej myśli. Poza tym korzystamy również z nowych form przekazu i słuchamy rekolekcji przez Internet. Taka jest po prostu nasza codzienność.

Czy to rzeczywiście jest tak idealnie: wierzący rodzice wychowują wierzące dzieci? Czy dzieci w rodzinie Grabowskich mają jednak swoje duchowe bunty?

Małgorzata: Oczywiście, że nasze dzieci też marudzą, nudzą się i bywają niegrzeczne. Jednak ostatnio Antek okazał w tym temacie niezwykłą dojrzałość. Jest już po pierwszej, tak zwanej wczesnej Komunii św. I kiedy ksiądz poprosił, by po spowiedzi popracować nad jednym grzechem, on wybrał właśnie to, by walczyć z marudzeniem, związanym ogólnie z przychodzeniem do kościoła. I udaje mu się to pięknie. Myślę, że jest też przykładem dla naszych młodszych dzieci.

A jaką rolę w Waszej rodzinie odgrywa modlitwa do Miłosierdzia Bożego i czy w ogóle jest obecna?

Małgorzata: Przyznam, że mam takie pragnienie, by tej modlitwy było więcej w naszym codziennym życiu. Jak na razie towarzyszy nam ona w szczególnych momentach.

Krzysztof: Kiedy poznaliśmy się z Gosią, to modliliśmy się bardzo dużo „Koronką do Miłosierdzia Bożego”. Codziennie. Właściwie to ja sobie Gosię wymodliłem tą modlitwą. Nauczył mnie jej mój wujek w Kanadzie. Moja wiara dzięki niej się odnowiła.

Małgorzata: Ja też mam swoją historię. Zaczęłam się modlić Koronką do Bożego Miłosierdzia w liceum, kiedy mieszkałam we Wrocławiu i chodziłam na spotkania z ks. Orzechowskim. Tam, w kościele, wisiał obraz Jezusa Miłosiernego. Bardzo ważny dla mnie. Poza tym wtedy dostałam w spadku po pewnej babci Dzienniczek napisany przez siostrę Faustynę. I w liceum, kiedy jeździłam do szkoły autobusem, czytałam sobie ów Dzienniczek. Przez to, że się tak w nim rozmiłowałam, zaczęłam się modlić „Koronką”. Doprowadziło mnie to do ważnego momentu w moim życiu. Byliśmy z Krzysiem zaraz po ślubie. Opiekowałam się wtedy pewną starszą panią, bardzo chorą. Miała przy łóżku różaniec, chociaż nie była jakąś bardzo rozmodloną osobą. I po kilku tygodniach ta pani umiera. Moja pierwsza myśl: Trzeba się za nią modlić Koronką do Bożego Miłosierdzia! Pamiętam, jak siedziałam przy jej łóżku i z ogromną wiarą, że ona właśnie tego potrzebuje, odmawiałam słowa modlitwy. Wiedziałam też, że nikt z jej bliskich nie jest w stanie się za nią modlić. To była rodzina niepraktykująca. Jednak czułam, że wszyscy byli wdzięczni za moją obecność. Pracowałam tam bardzo krótko. Dziś wiem, że byłam tam właśnie z powodu ostatnich chwil tej pani.

A w Waszej rodzinie? Jak ta modlitwa jest obecna?

Małgorzata: Pamiętam, że bardzo dużo modliliśmy się Koronką do Bożego Miłosierdzia zanim pojawiły się nasze dzieci. Wiele trudnych sytuacji udało nam się otoczyć. Wspieraliśmy nią też naszych bliskich. Dziś, kiedy dowiadujemy się o czyjejś śmierci, jest dla nas oczywiste, by duszę tej osoby powierzyć Bożemu Miłosierdzi. Tego uczymy też dzieci, dając im jednocześnie świadectwo własnego życia duchowego. To nasz obowiązek.

Krzysztof: Czasem ubolewam, że moja pobożność jest taka typowa i wzrasta wraz z problemami, które się pojawiają, ale faktycznie miałem pewne trudności w życiu zawodowym, które omadlałem Koronką do Bożego Miłosierdzia. Był taki moment, że zrezygnowałem z etatu i rozwijałem własny biznes. Trudne dwa lub trzy lata. Właściwie można powiedzieć, że w sposób cudowny wyszedłem z kłopotów, z którymi się wówczas borykałem. Wręcz Pan Bóg mi to wynagrodził i dostałem o wiele więcej, niż prosiłem.

Co to jednak dla Was, w kontekście Waszej rodziny, znaczy, że Bóg jest Bogiem Miłosiernym?

Małgorzata: W pewnym momencie mojego życia byłam rozkochana w Bożym Miłosierdziu i mocno się nim zachłysnęłam. Potem zaczęłam spostrzegać, że wokół mnie są ludzie, którzy potrafią wiele rzeczy, trudno mi o tym mówić, ale tak jest - wytłumaczyć sobie Bożym Miłosierdziem. Mówią, że przecież to miłosierdzie jest bezwarunkowe. Tak, jest bezwarunkowe, ale nie jest naiwne. Zaczęłam dostrzegać fakt, że Boże Miłosierdzie nie wyklucza Bożej sprawiedliwości. Ono czeka na człowieka, ale jednocześnie oczekuje dobrej woli, czy choćby pragnienie nawrócenia. Czas miłosierdzia jest nam dany tu, na Ziemi, a czas po naszej śmierci będzie jednak czasem Sądu Ostatecznego. 

Papież Franciszek, ogłaszając Rok Miłosierdzia Bożego, przywołał słowa św. Tomasza z Akwinu, który wyraźnie zaznacza, że Boże Miłosierdzie nie jest znakiem słabości Pana Boga, tylko przejawem jego wszechmocy. Wydaje się, że świadomość istnienia Bożego Miłosierdzia jest dla chrześcijan prawdziwym zadaniem w ich codzienności.

Małgorzata: Dokładnie. Im więcej nam dano, tym więcej będzie się od nas wymagało. Im bardziej zgłębiamy i poznajemy Boże Miłosierdzie, tym bardziej sami powinniśmy być miłosierni. 

W Kazaniu na Górze padają słowa: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Czy Wy jesteście w rodzinie miłosierni względem siebie?

Małgorzata: Tak myślałam, że w pewnym momencie padnie to pytanie. Konkretnie w naszym życiu, na czym ma polegać to miłosierdzie? Ono z pewnością nie jest naiwnością rodzica wobec dzieci, czy słabością małżonków wobec siebie. To raczej objaw mądrej, dojrzałej miłości. Jesteśmy już 11 lat po ślubie i myślę, że z pewnością jesteśmy miłosierni wobec siebie.