I mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.

 

Posłani po dwóch apostołowie mieli większą szansę oddziaływać w miejscach, w których działali. Dzięki temu, że tworzyli małą wspólnotę, ludzie mogli obserwować ich współpracę. Oni sami dzięki jedności w działaniu byli bardziej wiarygodni.

Kiedyś bardzo spodobało mi się zdanie, wyczytane w jednym z artykułów Gościa Niedzielnego: „Nie rób sam tego, co możemy zrobić we dwoje”. Takimi jesteśmy, że praca w grupie, choć wymaga najpierw więcej wysiłku, to jednak jej owoce przewyższają dwa samodzielnie wykonane zadania. Przedstawić to można prostym matematycznym równaniem: „2+2=5”.

Ale by człowiek stał się otwartym na współpracę, potrzebuje w młodym wieku kogoś, kto go do tej postawy przygotuje. Niezastąpionym w tej dziedzinie jest ojciec. Szczególnie jego relacja do swojej żony. Dzięki przyglądaniu się współpracy rodziców dziecko uczy się i wzrasta na osobę zdolną do odpowiedzialnego życia.