Wielokrotnie, gdy zastanawiam się nad działaniem wspólnot charyzmatycznych, staram się – przynajmniej ostatnio – zgłębiać to, co o tym piszą: Biblia, Tradycja i Kościół współczesny. Obserwuję też wszelkie krytyczne opinie w powyższym temacie, szukając wyjaśnienia często drastycznie stawianych tez, opinii i prognoz. Biorę także w miarę możliwości udział w spotkaniach, słucham internetowych relacji z forum i konferencji, wymieniam doświadczenia osobiste z innymi, a jak coś jest dla mnie niejasne bądź czegoś nie wiem – pytam wprost. Mam również zasadę, że nie potępiam pewnych norm, zwyczajów czy zachowań na polu religijnym wspólnot katolickich i niekatolickich. Raczej staram się dociec skąd one wynikają, chociaż nie jest to niekiedy łatwe.

Co więc stoi u progu lęku, który wyraża się ostatnio także w masowo powielanych artykułach, że jedna z diecezji „ostrzega przed pentekostalizacją chrześcijaństwa”? Moim zdaniem jest tego pięć przyczyn: 1. Nieznajomość Biblii. 2. Nieznajomość historii Kościoła pierwszych wieków. 3. Nieznajomość dokumentów Kościoła. 4. Duszpasterska bierność. 5. Kapłańska i świecka zazdrość. 

Brak wiedzy na tym polu jest porażający. Owszem, krytycy czytają Biblię i nawet potrafią niekiedy cytować z pamięci niektóre jej fragmenty. Owszem, praktykują codzienną modlitwę – bo tego uczył Jezus, wierzą w przeistoczenie w czasie Eucharystii – bo tego uczył Jezus, wyznają grzechy – bo tego uczył Jezus, starają się przebaczać – bo tego uczył Jezus. Wierzą, że to wszystko to jest prawda! Natomiast kiedy Jezus mówi: „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie" (Mk 16, 17-18), to doszukują się działania złego ducha i zaczynają dyskutować kto, na kogo, kiedy i w którym miejscy może nałożyć ręce itd. Tymczasem i Jezus, i Jego uczniowie, i następne pokolenia chrześcijan w naśladowaniu Pana z wiarą i w posłuszeństwie Słowu Bożemu takiego dylematu nie mieli. Oni się nie zastanawiali, czy mogą dotknąć chorego ucha w czasie modlitwy o uzdrowienie, bo ono jest „przyczepione” do głowy, a na głowę to podobno nie można kłaść rąk jak nie jestem z rodziny chorego. Również nie mieli dylematów z dotknięciem oczu, choć te tkwią w oczodole, który jest umiejscowiony w czaszce – a więc głowie. Apostołowie nie ustawiali się pod słońce tak, by ich cień padał od szyi w dół, a nigdy na głowę, gdy dokonywały się uzdrowienia. Kto zna Pismo Święte ten wie o tym (i nie o wiedzę w kwestii anatomii tu chodzi). 

Kiedy Jezus mówi: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię (J 14, 12-14), to zaczynają dyskusję w rodzaju „dlaczego wielkie dzieła dokonują się na stadionie a nie w małym kościółku”. Tymczasem Jezus nie ograniczał niesienia ludziom pomocy jedynie do świątyni. Łaził po polach, drogach, prywatnych chałupach i tam miały miejsce wielkie dzieła Boże. To się jednak wie jak się zna Pismo Święte.
Podobna nieznajomość towarzyszy historii życia chrześcijańskich wspólnot pierwszych wieków, w których posługa charyzmatyczna była normalna jak codzienne siku. Wystarczy poczytać Ignacego, Tertuliana, Orygenesa, Augustyna, Ireneusza, Cypriana itp. A wielu się dziwi, że na spotkaniach charyzmatycznych niewidzący zaczynają widzieć, krótsze nogi wydłużają się, słychać modlitwę językami czy radosne uwielbienie i zazwyczaj „z marszu” podciąga to pod złe duchy. Kto czyta starożytnych ten się nie dziwi.

Kolejna nieznajomość powodująca oskarżenia o pentekostalizację wynika z nieznajomości dokumentów Kościoła. Który z krytyków czytał choćby Divinum illud munus, Dominum et Vivificantem, Dokumenty z Malines, Iuvenescit Ecclesia, Instrukcja Kongregacji Nauki Wiary na temat modlitwy w celu osiągnięcia uzdrowienia od Boga czy dokument Komisji Doktrynalnej Międzynarodowych Służb Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej (ICCRS) „Chrzest w Duchu Świętym”. Również wiele wyjaśnień znajduje się na stronach wspólnot charyzmatycznych. Praktycznie każda z nich ma podany adres kontaktowy, pod który można napisać. Nie są również te wspólnoty „bezdomne” a przez to niedostępne. Nie ma problemu, aby się z nimi spotkać i rozmawiać, szukając wyjaśnienia trudnych kwestii.

Oskarżanie o pentekostalizację bierze się również z duszpasterskiej bierności. Wiele wspólnot nim znalazło duszpasterza musiało przejść długie tułaczki, by ich ktoś przyjął pod parafialny dach, by się ktoś nimi zajął, formował, opiekował i modlił się z nimi. A i pewnie są wspólnoty, których duchowy opiekun widnieje jedynie „na papierze”. Najłatwiej jest wytykać błędy popełniane przez wspólnoty. Nie popełnia ich i nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, kto chce mieć święty spokój, kto nie głosi. Z naukowych racji przewertowałem około pół tysiąca różnych homilii opublikowanych w książkach i czasopismach dotyczących demonologii. Niewiele było takich, w których nie było błędów, co do osoby złego ducha. Nie spotkałem jednak, by obrońcy ortodoksji któregokolwiek z autorów (osoby duchowne w stopniu prezbiteratu i wyżej, z wykształceniem teologicznym) oskarżyli o herezje, czy choćby błędne nauczanie. Każdemu nauczającemu może zdarzyć się błąd. Każdemu! Nie zdarza się on tym, którzy nic nie robią poza pasieniem samych siebie a nie powierzonych im owiec. Owa bierność dotyczy nie tylko bezpośrednich opiekunów, ale i inne osoby odpowiedzialne za te wspólnoty, z którymi przez wiele lat nie byli w stanie spotkać się, modlić się z nimi i za nich, zobaczyć, jak działają, jak funkcjonują, jakie trawią ich bolączki i co jeszcze winny poprawić w działaniach. Kiedy odpowiedzialni mówią, że się na tym nie znają, że nie wiedzą, że coś tam słyszeli, a w żaden sposób im nie towarzyszą, nie błogosławią im, to stają się bardzo podatni na wszelkie insynuacje przeciwników ruchów charyzmatycznych czy ewangelizacyjnych. Wówczas bardziej wierzą w medialne plotki niż w fakty i świadectwa wspólnot doświadczających Boga żyjącego i działającego.

Ostatnie źródło oskarżeń o pentekostalizację wynika z kapłańskiej i świeckiej zazdrości. Nie ma co się oszukiwać, że jest inaczej. Tym pierwszym i tym drugim trudno znieść, że kogoś Pan posłał, i ten podjął wezwanie i robi dobrą robotę dla królestwa Bożego. I zżera to bardzo do tego stopnia, że gotowi są innych pozbawić dobrego imienia i zdezawuować ich posługę. Kto jednak czyta Biblię ten wie, że Pan wybiera kogo chce, że czasem od starszego woli posłać najmłodszego – jak Dawida, od złotoustych woli niewymownego – jak Mojżesza, czy od uświęconego od poczęcia woli świeżaka wzrastającego w wierze – jak Szawła. Skoro Pan powołuje do kapłaństwa czy do życia we wspólnocie to zatroskanie powinno objąć przede wszystkim samego siebie oraz swoją odpowiedź na Boże wezwanie. Niektórym bowiem życie osobiste i posługa ewangelizacyjna innych zabiera tak dużo czasu, że już na posługiwanie w Kościele nie starcza im czasu.

W przestrzeni kościelnej niczym bumerang powraca hasło „pentekostalny” odmieniane i opracowywane w każdy możliwy sposób. Niezwykle cenny jest według mnie wpis księdza Aleksandra Posackiego zatytułowany: „ROZBIJA CZY OŻYWIA”, który przytoczę w całości: „Samo to okropne, pogardliwe, technokratyczne słowo "pentekostalizacja" (pisane profanicznie z małej litery) zakłada jakiś radykalny, dogmatyczny sceptycyzm lub nawet sugeruje jakieś zło. Zakłada raczej arbitralnie i bez dowodów, że nie ma w tym zjawisku DUCHA ŚWIĘTEGO, ale raczej chodzi o jakąś przesadę, iluzję, błąd, herezję czy nawet wyraźny grzech. A jeśli chodzi tu jednak o Ducha Świętego, który nie tyle chce rozbijać co ożywić martwy często Kościół? Co wtedy? Czy nie będzie to programowe gaszenie ducha? Ponadto "spiritus flat ubi vult", a to na pewno zagraża ludzkiej kontroli i władzy.

Wywoływanie ducha pentekostalizacji to nowy rodzaj parareligijnego spirytyzmu polskiej eklezji. Zrodzony został w cieniu jednej ze skrajnie teoretycznych katedr uniwersyteckich, w której odcięci przez wiele lat od duszpasterstwa teoretycy, nie mają żadnego poza przyjętymi sakramentami doświadczenia wiary żywej, i od których nikt nigdy nie usłyszał (nawet oni sami) „moje nawrócenie miało miejsce dnia...”. I to jest jedna z największych bolączek Kościoła, gdy dobrowolnie rezygnujący z życia w parafialnej rzeczywistości wiedzą najlepiej jak jest. Tymczasem zapytani o osobiste doświadczenia bycia we wspólnocie, które tak ochoczo cenzurują, mogą jedynie ze wstydem wymownie milczeć. Ducha Świętego z naszego Kościoła wypędzają niewiedza, bierność/lenistwo i zazdrość. Z nich zaś najpodlejsza jest zazdrość.