On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: "Effatha", to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: "Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę".

 

Ludzie byli przyzwyczajeni do tego, że Jezus wkładał ręce na chorych, by odzyskali zdrowie. Nic dziwnego, że o taki gest poproszono Chrystusa wobec głuchoniemego, który nie potrafił także wyraźnie mówić. Jezus nie spełnia prośby w sposób dosłowny, nie wkłada rąk, ale dokonuje zupełnie nowych, wyjątkowych gestów. Najpierw zabiera chorego na bok, aby uniknąć widowiska dla tłumu. Chce pozostać na chwilę w osobistej relacji z człowiekiem kalekim. Wkłada palce do uszu, a śliną dotyka języka. Człowiek odzyskuje władzę słyszenia i mówienia.

My też często jesteśmy głusi i nie potrafimy mówić. Głusi na Boże słowo, na natchnienia Ducha Świętego – zwłaszcza te wzywające do nawrócenia i świętości. Często wydajemy bełkot zamiast mowy, kiedy nie głosimy prawdy, kiedy brudzimy język złym słownictwem.

I wtedy trzeba prosić Chrystusa, by włożył palce w nasze uszy, by je przetkał, by usunął zalegającą woskowinę zła, która uniemożliwia należyty odbiór Bożych słów. Trzeba prosić, by swoją śliną ożywił nasz język, by nie mówić byle czego i byle jak, by nie bełkotać, jak człowiek z zaschniętym językiem, ale głosić wielkie dzieła Boże.

Do tego wzywa nas Chrystus w poleceniu: Effatha!