Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: "Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła". A Pan jej odpowiedział: "Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona".

 

Uważny obserwator życia codziennego szybko potrafi dostrzec prostą zasadę determinującą właściwie wszelkie działanie, a którą jest prawo przyczyny i skutku. Wszystko, co się dzieje w naszym życiu, ma swoją przyczynę, niezależnie od tego, czy potrafimy ją dostrzec czy nie. Zazwyczaj potrafimy połączyć skutek z jego przyczyną, ale nie zawsze. Skarżyła się kiedyś dziewczyna, że nie została przyjęta do wymarzonej szkoły, przyznała również, że niewiele się uczyła. Przyczyna i skutek nad wyraz oczywiste. Był i chłopak, dumny z siebie, dobrze mu się powodziło, żył rozrzutnie, nie martwiąc się o jutro aż do dnia, kiedy rodzice postanowili usamodzielnić go trochę i nauczyć odpowiedzialności. Z przerażeniem odkrył pewnego dnia, że karta, którą miał i którą chętnie płacił za wszelkie swoje zachcianki, została zablokowana, a na koncie nie było pieniędzy. Nie rozumiał dlaczego. Nie skojarzył wcześniejszych rozmów z rodzicami, w których cierpliwie apelowali, aby w końcu znalazł sobie jakąś pracę. 

Kiedy jesteśmy życzliwi dla innych, najprawdopodobniej inni również będą względem nas życzliwi. Kiedy zamykamy się na innych, inni pozostaną dla nas podobnie niedostępni. Na szczęście prawo przyczyny i skutku nie działa ze stuprocentową bezwzględnością. Gdyby tak działało, to miłość byłaby niemożliwa. Jakże często otrzymujemy od innych różne dobra duchowe i materialne bez wcześniejszej bezpośredniej przyczyny. Również możemy wskazać w naszym życiu sytuacje, kiedy ktoś nam coś zabiera, pozbawia nas czegoś dla nas ważnego, a my nie znajdujemy żadnego sensownego uzasadnienia dla tego stanu rzeczy. Prawo przyczyny i skutku zawiera w sobie mniej lub bardziej ścisłe przełożenie na to, co wydarza się w naszym życiu.

Popatrzmy na dzisiejsze czytania. Pierwsze opisuje ukazanie się Pana Abrahamowi, które odbyło się pod dębami Mamre. Jest to przepiękne opowiadanie o gościnności Abrahama i o Bogu, który tę gościnność docenia i składa obietnicę staremu Abrahamowi. Otwarte serce Abrahama, posłuszeństwo Sary otwierają przestrzeń dla otrzymania błogosławieństwa. Łatwo sobie wyobrazić, co by było, gdyby Abraham zamknął swe serce przed przybyszami. Mógł dalej siedzieć przed namiotem, w upalny dzień mogło mu się po ludzku nie chcieć gościć kogokolwiek, mógł poskąpić mięsa, mąki i cienia. Abraham rozpoznaje jednak przychodzącego Boga. Gościnność Abrahama wynikała najprawdopodobniej z postawy jego serca, co więcej, ze względu na swoją wiarę i codzienną relację z Bogiem potrafił rozpoznać Go pod drzewami Mamre. Przyczyna i skutek znów zauważalne. Pokorna Sara szybko z trzech miar najczystszej mąki ulepiła podpłomyki. Zaraz po tym dowiaduje się, że zostanie już niedługo mamą. Przyczyna i skutek przeplatają się zarówno tu i teraz, jak i najprawdopodobniej w historii całego życia Sary. 

Drugie dzisiejsze czytanie wzywa do radości pomimo cierpienia (Kol, 1, 24). Przyczyna i skutek znów przeplatają się w tajemnicy zbawienia. Cierpienie połączone z miłością owocuje radością. To, co dzieje się teraz, swój początek ma w czymś wcześniejszym, obecna chwila jest zaczątkiem nadchodzącego jutra. 

Wreszcie dochodzimy do dzisiejszej Ewangelii. Maria siedziała „u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie” (Łuk 10, 39), podobnie jak Abraham, gdy karmił swoich gości, jak czytamy w pierwszym dzisiejszym czytaniu: „gdy oni jedli, stał przed nimi pod drzewem”. Sara przygotowała podpłomyki i mięso na ucztę, podobnie Marta zabiegała o to, by należycie ugościć Pana. Każdy w danej sytuacji odnajduje się po swojemu. Wszelkie nasze działanie stanowi w jakimś sensie owoc naszej decyzji, mniej lub bardziej uświadomionej. Decyzja o nawiedzeniu domu Marii i Marty to najprawdopodobniej owoc jakiegoś wcześniejszego spotkania tych kobiet z Jezusem. 

Byłoby uproszczeniem twierdzić, że to, co wydarzyło się pod drzewami Mamre i błogosławieństwo, jakie otrzymał Abraham z Sarą, to skutek tylko i wyłącznie gościnności tego niezwykłego małżeństwa. Na pewno to też miało znaczenie. Ale spotkanie Abrahama z Bogiem pod drzewami Mamre to przede wszystkim owoc jego wieloletniej relacji z Panem.

Podobnie jest z nami. To, co się dzieje każdego dnia, jak odbierają nas ludzie, to w zasadniczej części owoc naszego bycia dla innych, dla siebie i dla Pana Boga.