W Jerozolimie trybun rzymski, chcąc się dowiedzieć dokładnie, o co Żydzi oskarżali Pawła, zdjął z niego więzy, rozkazał zebrać się arcykapłanom i całemu Sanhedrynowi i wyprowadziwszy Pawła stawił go przed nimi. Wiedząc zaś, że jedna część składa się z saduceuszów, a druga z faryzeuszów, wołał Paweł przed Sanhedrynem: „Jestem faryzeuszem, bracia, i synem faryzeuszów, a stoję przed sądem za to, że spodziewam się zmartwychwstania umarłych”. Gdy to powiedział, powstał spór między faryzeuszami i saduceuszami i doszło do rozdwojenia wśród zebranych. Saduceusze bowiem mówią, że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha, a faryzeusze uznają jedno i drugie. Zrobiła się wielka wrzawa, zerwali się niektórzy z uczonych w Piśmie spośród faryzeuszów, wykrzykiwali wojowniczo: „Nie znajdujemy nic złego w tym człowieku. A jeśli naprawdę mówił do niego duch albo anioł?” Kiedy doszło do wielkiego wzburzenia, trybun obawiając się, żeby nie rozszarpali Pawła, rozkazał żołnierzom zejść, zabrać go spośród nich i zaprowadzić do twierdzy. Następnej nocy ukazał mu się Pan i powiedział: „Odwagi! Trzeba bowiem, żebyś i w Rzymie świadczył o Mnie tak, jak dawałeś o Mnie świadectwo w Jerozolimie”.

 

Święty Paweł zastosował radę, którą Jezus dał swoim uczniom: "Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie" (Mt 10, 16). Bez wielkich dyskusji i usprawiedliwiania się, stanął pośrodku i powiedział to, co należy. Znów przypominają się kolejne słowa Jezusa: "(...) w owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić" (Mt 10, 19).

Z pewnością dla Pawła nie były to łatwe doświadczenia... Musiał się bać, skoro sam Pan Jezus przyszedł dodać mu odwagi. Nasz bohater uwierzył jednak Bogu, a nie własnym lękom i właśnie ta siła wiary sprawiła, że stał się Apostołem Narodów.