„Jest w młodych paraliżujący strach przed porażką. Niejednokrotnie słyszę od młodych to pytanie: „a co jeśli się nie uda?”. „No nic. Po prostu się nie uda. Waszym rodzicom też nie wszystko się udawało”. Młodzi wzrastają w społeczeństwie, w którym niesamowicie ważną kategorią stał się sukces. I to najlepiej dość szybko osiągany. To jest ogromnie niebezpieczne” – mówi abp Grzegorz Ryś.

Od pierwszych dni życia jesteśmy niewolnikami sukcesu. Życzenia dla rodziców spodziewających się dziecka? „Nieważne czy chłopczyk, czy dziewczynka – byle było zdrowe!”. A co gdy urodzi się chore? Co gdy nie otrzyma 10 punktów w skali Apgar?

Zakończył się właśnie rok szkolny. Media społecznościowe zalały zdjęcia świadectw z czerwonym paskiem, listów gratulacyjnych, nagród, zestawień najlepszych wyników z egzaminów końcowych. Dumni są zarówno sami uczniowie, ich rodzice, jak i nauczyciele i dyrektorzy szkół. Nie wychyla się nikt, kto ledwo zdał do następnej klasy albo będzie ją powtarzał.

Rynek wydawniczy i szkoleniowy zalewa fala ofert, które w „10 krokach” pomogą nam osiągnąć sukces – osobisty i zawodowy; nauczą być skutecznym w rodzinie, w związku i w pracy.

Reprezentacja Polski przegrała dwa mecze grupowe w mistrzostwach świata w piłce nożnej. Tym samym straciła szansę na grę w drugiej fazie mundialu. Internetowe memy są bezlitosne dla piłkarzy, trenera i PZPN-u, bo wszyscy czekali na sukces naszych.

Nawet w Kościele ciągle wyglądamy sukcesu. Przerażają nas badania socjologiczne i statystyki, wg których spada liczba praktykujących katolików w Polsce, maleje liczba kandydatów do kapłaństwa, bo – wg wielu – miarą powodzenia jest właśnie pełny kościół czy seminarium. Ewangelizatorzy chcą uczestniczyć tylko w masowych spotkaniach uwielbieniowych, a wspólnoty charyzmatyczne oczekują ciągłego liczebnego wzrostu.

A Boża logika jest zgoła inna. Bóg kocha to co małe, co ciche, co liche w oczach świata; czego ten świat by nie docenił, co potraktowałby jak śmieci, czego może nawet by nie dostrzegł.

24 czerwca wspominaliśmy w liturgii narodziny św. Jana Chrzciciela. Można by rzec: człowiek-porażka. On nawet nie miał się narodzić, bo nie dość, że Elżbieta była niepłodna, to jeszcze oboje rodzice byli w podeszłym wieku. Później – w oczach świata – zachowywał się jak jakiś odludek i dziwak – mieszkał na pustyni, nosił skórę z wielbłąda, żywił się miodem i szarańczą. Niektórzy widzieli w nim mesjasza – gdyby chciał osiągnąć sukces, to poszedłby za tymi podpowiedziami, a nie wskazywał – zgodnie z prawdą – na prawdziwego mesjasza. Finał życia? Dramatyczny! Uwięziony za wytykanie palcem cudzego cudzołóstwa. Mógł siedzieć cicho i nie wtrącać nosa w nieswoje sprawy. Umiera ścięty mieczem. O tym człowieku-porażce Jezus powie, że między narodzonymi z kobiety, nie powstał większy od niego, a Kościół czci go – jako jedynego wśród świętych – dwa razy w roku, wspominając jego narodziny i śmierć.

A sam Jezus? Król żydowski, mesjasz Izraela, zbawiciel świata a nikt Go nie chce – przychodzi na świat w ubóstwie, pośród zwierząt. A jak kończy swoje życie? Jak najgorszy złoczyńca; haniebną śmiercią na krzyżu. To jest sukces?! Nie w oczach świata.

Człowiek ciągle goni za pieniądzem, życiową stabilizacją i powodzeniem, rozwojem tężyzny fizycznej, zdrowia, intelektu. Jest szczęśliwy, gdy układa mu się życie rodzinne i zawodowe. A co jeśli małżeństwo się rozpadnie, straci pracę a w rodzinie pojawi się śmiertelna choroba? Porażka? 

Słownik frazeologiczny tłumaczy, że „skazany na sukces” oznacza tego, kto „ma zapewnione powodzenie”. Zgodnie z tą definicją da się spojrzeć na sukces w perspektywie wiary, bo rzeczywiście Dobra Nowina o Jezusie jest ewangelią sukcesu. Bo dzięki Jezusowi, mamy zapewnione życie wieczne. Ale nie możemy zapominać, że niebo przyszło przez krzyż. Jezus mówi, że to ostatni będą pierwszymi. Pamiętajmy o tym, gdy święcimy sukcesy i przeżywamy porażki.