Domowy Kościół to miejsce, które nie jest przestrzenią. Na jego horyzoncie widać jakąś dobrą szansę na to, by ona i on spotkali się wspólnie przy czymś ważnym, ale ton, który towarzyszy całej idei, ton pełen sformalizowanych kroków kolejnych, trzeba powiedzieć głośno – jak na dzisiejsze zabiegane czasy, bywa lekko zniechęcający. 

Podobno statystyki są miażdżące. Żadna para, która przeszła tę formację, dotąd się nie rozwiodła. Jakie badania? Kiedy, co i jak? Niewiadomo. Mówi się jednak o tym głośno, więc pewnie coś w tym jest. A to z pewnością dobry argument na dzisiejsze czasy. Przynajmniej na dobry początek dobry. A skoro mowa o początkach.

Pierwsze spotkanie

Domowy Kościół od kuchni bywa sympatyczny. Stół ugina się od popisowych ciast. Uśmiechy, serdeczności, kto, jak się nazywa, chociaż i tak nikt nic nie zapamiętuje. Młode małżeństwa, czasem cztery pary, czasem siedem, tworzą krąg. To podstawowa komórka wspólnoty. Tak będą spotykać się przez kilka miesięcy przy wspólnym  stole, w swoich różnych domach, by rozeznać, czy to miejsce nie - miejsce jest dla nich. Potem, po tym rozeznaniu, rozpoczną roczną formację, a następnie kolejną itd. Przez ten cały czas jest z nimi kapłan, a na ten dobry początek również para pilotująca, tzn. taka, która sama ma swój własny krąg gdzieś indziej. 

Nie jest łatwo. Codzienna modlitwa osobista, codzienne spotkanie ze Słowem, codzienna modlitwa małżeńska, codzienna modlitwa rodzinna, comiesięczny dialog małżeński, przynajmniej raz w roku uczestnictwo w rekolekcjach formacyjnych – te wszystkie zobowiązania są na starcie. Nie ma lekko. Zasady Domowego mówią, że owe zobowiązania nie są celem w sobie, ale środkiem do celu, a ten jest prosty – świętość małżonków. 

To nie może być łatwe. Codzienna osobista modlitwa to trud znalezienia czasu, sił, miejsca (w domu, po którym o każdej właściwie porze biegają dzieci), modlitwa małżeńska to zdwojony wysiłek, bo czasem ciężko spotkać się przy obiedzie w ciągu dnia, kiedy każde z nich pracuje, wychowuje i gna wśród codziennych obowiązków, a do tego dochodzi spotkanie na modlitwie w rodzinie, gdzie ktoś ziewa, ktoś tańczy, ktoś stuka, ktoś się śmieje i sens tego, co się dzieje w każdej minucie owego chaosu jest mocno poddawany w wątpliwość.

Dosyć lekko brzmi: raz w miesiącu podialogować. To brzmi nawet jak nadzieja, że w końcu będzie czas (znowu to samo), że będzie można pogadać o czymś więcej niż o codziennych brakach w lodówce, ale żeby to się zadziało, potrzebny jest kolejny wysiłek, bo właśnie – czas, bo coś w owym czasie trzeba zrobić z dziećmi, z nieposprzątanym mieszkaniem i nieugotowanym obiadem. I na koniec wyjechać. Niby fajnie, bo jakieś morze,  góry, a przy okazji coś do wspólnego wzrastania, ale – ilość dni w roku, w których można wyjechać wspólnie z rodziną, nie jest nieograniczona, wręcz przeciwnie, więc wiadomo już, że ten nieograniczony czas, którego też dotąd brakowało, trzeba będzie jeszcze podzielić na ową formację. 

Po co to kobiecie?

Po co mężczyźnie? -  to jednak inne pytanie, więc zacznijmy od tego: po co Domowy kobiecie? Już było o tym, żeby się nie rozwieść i to faktycznie brzmi obiecująco. Oczywiście w pierwszym odruchu niejedna pewnie myśli, że to będzie świetna przestrzeń... dla niego; że w końcu on na coś głębiej popatrzy, coś więcej zrozumie, czegoś więcej będzie chciał... od życia. O tym, że to nietędy, każda przekonuje się dość szybko. 

Na Domowym można popisać się umiejętnościami kulinarnymi. Pierwsza część spotkania, każdego!, przebiega przy zastawionym stole, więc jeśli któraś ma ochotę pochwalić się nowym przepisem, to faktycznie tu można. Do tego wspomniana już kawa, ciepła! 

Kobieta, która faktycznie przychodzi na Domowy z myślą o mężu, kiedy się już przekona, że to nie tędy, może też odkryć, że sama ma szansę usłyszeć od niego rzeczy, na które w codziennym tzw. międzyczasie miejsca nie ma. I to są duże sprawy, bo np. Co mój mąż myśli o Bożym miłosierdziu? To pytanie raczej nie pada w żadnym domu przy śniadaniu.

Sama też ma szansę pomyśleć. Raz w miesiącu może posiedzieć sobie z pytaniem: którędy do Nieba. 

Domowy to dla tych bardziej niepokornych to też przełykanie pewnych spraw, bo, że się nie da, że konspekt mówi tak i koniec, że przez tyle lat się sprawdzało i jeszcze nikt nic lepszego nie wymyślił. Hmm.

I co dalej?

Domowy Kościół - gałąź rodzinna Ruchu Światło - Życie. Miejsce - niemiejsce. Mocno przy nim stoi, pewnie już w Niebie, ks. Franciszek Blachnicki. Harcerz wychowany w domu wielodzietnym, który przeszedł Oświęcim, dalej w czasie wojny: więziony, skazany na śmierć przez powieszenie, ułaskawiony. Z doktoratem z KUL-u. Postanowił stworzyć przestrzeń dla duchowego i dojrzałego wzrastania w chrześcijaństwie, dla młodzieży i dla rodzin. Pięknie realizował soborową wizję Kościoła jako wspólnoty wspólnot. Jan Paweł II powiedział o nim: „Swoje liczne talenty umysłu i serca, jakiś szczególny charyzmat, jakim obdarzył Go Bóg, oddał sprawie budowy Królestwa Bożego. Budował je modlitwą, apostolstwem, cierpieniem i budował z taką determinacją, że słusznie myślimy o Nim jako o ,,gwałtowniku” tego Królestwa (por. Mt 11, 12)”. 

W 2015 roku para krajowa poinformowała, że w Polsce jest ok. 3900 kręgów Domowego Kościoła, a za granicami ok. 400, najwięcej na Ukrainie. Należy do nich ok. 17,5 tys. małżeństw i między 2014, a 2015 rokiem przybyło 358 nowych kręgów i ta tendencja się utrzymuje. 

To z pewnością oznacza jedno. Małżeństwa szukają dla siebie miejsce w Kościele. Chcą od siebie i od swojego Kościoła czegoś więcej niż niedzielnej Mszy Św. Czy wspólnota Kościoła Domowego może być odpowiedzią na te potrzeby? Czy Domowy jest propozycją dla małżeństw współczesnych, czy po prawie 50 latach od powstania i uformowania reguł ma jeszcze dziś coś do zaoferowania?

Kobieta nie wie, ale daje mu szansę.