Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania.

 

Jezus zapowiada, że będzie cierpiał, że musi umrzeć. Jego apostołowie nawet nie chą przyjąć tego do wiadomości. Zresztą nie tylko oni. My też pytamy: czy Pan Jezus musiał cierpieć, musiał umrzeć? Dlaczego my cierpimy, dlaczego umieramy, po co w ogóle jest cierpienie? I nie ma się tu co mądrzyć, podając katechizmowe definicje. Sam w tych dniach staję bezradny przy łóżku bliskiej mi osoby. Jak człowiek pokornieje udając się do szpitala, na szczęście jako odwiedzający, patrząc na cierpienie bliskich.

O cierpieniu łatwo się pisze teologom, psychologom, etykom, kiedy samemu jest się z życia zadowolonym, sytym i szczęśliwym. Tak łatwo przychodzą wtedy ładne i błyskotliwe teorie na temat celowości cierpienia, mądre i uczone słowa na temat jego natury i wychowawczej roli. O wiele trudniej cierpienie przeżywać. Wtedy wszystkie teorie stają się takie puste. Nie będę zatem i ja się tutaj wymądrzał…

Cóż nam zostaje? Zaufać Temu, który przez mękę i śmierć zbawił świat, który przetworzył własne cierpienie na szczęście wieczne wszystkich ludzi.