Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić”. Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: „Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli”.

 

Z całej dzisiejszej Ewangelii chciałbym zwrócić Waszą uwagę na jej końcowy fragment. Jezus mówi do swoich uczniów, że szczęśliwe są ich oczy. Szczęśliwe dlatego, że mogą widzieć wielkie dzieła Pana.

Przez trzy lata uczniowie wędrowali krok w krok za Jezusem i rzeczywiście mogli oglądać rzeczy niezwykłe. Od uzdrowień i rozmnożenia jedzenia, po wskrzeszenia zmarłych. Musiał to być dla nich rzeczywiście niezwykły i szczęśliwy czas.

W nas samych często rodzi się wręcz taka zazdrość. Mówimy: "ci uczniowie to mieli super, mogli widzieć Jezusa i z nim rozmawiać". A my? Nam jest tak trudno uwierzyć, bo Go nie widzimy. Jednak czy na pewno? Może istotnie nie widzimy Jezusa w Jego fizycznej postaci, to jednak każdego dnia możemy obserwować Jego działanie.

Cuda, które dzieją się także dziś. Czyny miłości, przebaczenie winowajcom, no i co najważniejsze – Eucharystia. Obecność Jezusa na ołtarzu. Widzicie więc, że nasze oczy mogą być tak samo szczęśliwe, jak oczy tych, którzy chodzili z Jezusem 2000 lat temu.