Oburzonych i zdziwionych zapewniam, że nie wkradł się tu żaden błąd. Powtarzam: one dla mnie nie są najważniejsze. Zdaję sobie sprawę z tego, że właśnie podpadłam wielu z Was – szczególnie kobietom, matkom – ale mimo to obstawiam przy swoim. A teraz postaram się wytłumaczyć…

Kilka dni temu, po całym dniu zabiegania i wyścigu z czasem wreszcie wpakowaliśmy z mężem do samochodu bagaże, nasze dzieci i ruszyliśmy w drogę. Półtorej godziny jazdy, to z pewnością nie wyprawa na drugi koniec świata, ale w naszej podróży nie było aż tak ważne gdzie, ale po co jedziemy – chcieliśmy uczestniczyć w rekolekcjach dla małżeństw; rekolekcjach, które przybliżyłyby nam pojęcie jedności małżeńskiej.

Na listę uczestników zapisaliśmy się niespełna rok temu. Wtedy ta decyzja nie miała żadnych wad. Wątpliwości – szczególnie z mojej strony – pojawiły się kilka dni przed planowanym wyjazdem: drobne przeciwności zaczynały przybierać postać trudności nie do przejścia; jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać potrzeby, na które o wiele chętniej wydałabym pieniądze przeznaczone na rekolekcje. I jakaś dziwna, wewnętrzna niechęć... Do tych obaw i lęków brakowało jedynie choroby któregoś z dzieci. Na szczęście moje napięcia i lęki osłabły wraz z dojazdem, pierzchając zupełnie w trakcie Mszy św. Poprzedzała ją pierwsza konferencja pana Mieczysława Guzewicza – prowadzącego rekolekcje – która wprowadzała do tematu jedności małżeńskiej. Osobiście starałam się szczególnie skupić na tych wątkach, które pomogą mi być lepszą żoną – przecież po to przyjechałam na te rekolekcje. Jestem przekonana, że podobne nastawienie miały pozostałe mężatki. Niektóre z nich znam od dawna, głównie z mojej parafii. Inne miałam przyjemność dopiero co poznać. Były tam żony w różnym wieku: od dwudziestoparolatek do dojrzałych pań z 46 letnim stażem małżeńskim. Zdecydowana większość małżeństw przyjechała z dziećmi: czy to w dosłownym znaczeniu słowa, czy też przywożąc je w sercach. Jedno jest pewne: wszędobylskie, gruchające, rozbiegane, roześmiane dzieciaki – niezależnie od wieku – były najpiękniejszą ozdobą tych czterodniowych rekolekcji. Ach, te nasze kochane dzieci… Z własnego doświadczenia wiem, że w czasie konferencji – kiedy milusińskie były pod opieką diakonii wychowawczej – o wiele trudniej było o nich zapomnieć zatroskanym mamom niż cieszącym się z „wolnego” ojcom. Czy nie jest tak, drogie mamy, że nasze zatroskane myśli zawsze podążają za dziećmi, nawet jeśli mamy pewność, że są pod dobrą opieką?

Kiedy już pan Guzewicz olśnił nas cudem, jakim jest jedność naszego sakramentalnego małżeństwa, przyszedł czas na rozważania, jak o tę jedność dbać. Pan Guzewicz podniósł poprzeczkę samowychowania nie tylko mężom, ale i nam – żonom… Trudno opisać ciszę, jaka zapadła na sali, kiedy wybrzmiały słowa prelegenta: „Dla małżonków… – a mówię to szczególnie do was, dziewczyny – to nie dzieci powinny być najważniejsze!” Myślę, że w tamtej chwili, analizując to zdanie, większość zatroskanych matek zapomniała o całym świecie, nawet o swych dzieciach. W powietrzu dało się wyczuć konsternację, a może nawet bunt…

Drogie mamy, mężatki! Czy nie macie takiego przekonania, że odkąd pojawiły się w małżeństwie dzieci, to właśnie one są najważniejsze w waszym życiu?; że to one są numer jeden zawsze i wszędzie?; że to o nie trzeba nam dbać najbardziej? Przecież to z dziećmi jesteśmy tak ściśle związane od chwili ich poczęcia: nosimy pod sercem, rodzimy, karmimy, tulimy, ocieramy łzy, z trudem wychowujemy. A tu nagle ktoś (do tego facet!) twierdzi, że dzieci nie powinny być dla nas najważniejsze! Krew się w żyłach burzy! Podobne przekonania wypełniały nasze kobiece serca, kiedy przyszło nam się zmierzyć ze słowami: to nie dzieci powinny być najważniejsze w naszym małżeńskim życiu. A jednak w sali konferencyjnej panowała cisza. Dlaczego poruszone, matczyne serca (i usta!) milczały? Cóż… Myślę, że olśnione wcześniej cudem sakramentu małżeństwa nie miały już kontrargumentów – wszystkie runęły niczym źle zbudowany mur. Kto zatem powinien być dla każdej mężatki tym najważniejszym człowiekiem na ziemi?

Wspomniałam już wcześniej, że pan Guzewicz w oparciu o Słowo Boże uświadomił nam, że nasze małżeństwo, to prawdziwy cud, nowa jakość nas, małżonków, stworzona przez Boga w dniu naszego ślubu. Trudno byłoby teraz opisać to wszystko, o czym mówił (zainteresowanych zachęcam do odszukania w internecie wykładów pana Guzewicza). W czasie godziny świadectw – kiedy każdy mógł podzielić się swoimi odczuciami – przekonałam się, że każde małżeństwo – a tym samym każda z mężatek – poczuło blask tego cudu, który wzmocnił małżeńską jedność. Warto odpowiedzieć sobie na pytania: z kim łączy mnie święty, nierozerwalny sakrament małżeństwa – z mężem czy z dziećmi? Komu przysięgałam pod krzyżem miłość aż do śmierci – mojemu mężowi czy dzieciom? Z kim pozostanę w moim domu, kiedy one z niego odejdą? I jeszcze jedno pytanie: z kim buduję miłość, która rozlewa się na cały dom?; miłość, która jako jedyna w swoim rodzaju daje dzieciom poczucie jedności i bezpieczeństwa? Ja już znam odpowiedzi na te pytania i dokonałam wyboru – najważniejszym człowiekiem na ziemi jest dla mnie mój mąż. Czy w takim razie moje dzieci nie są dla mnie ważne?

Oczywiście, że są ważne. Są bardzo, bardzo, bardzo ważne i razem z mężem kochamy je całym sercem. Chodzi tu jednak o ustalenie odpowiedniej kolejności, która przeleje się potem czystym dobrem i błogosławieństwem właśnie na nasze dzieci. A więc podsumowując… Moje małżeństwo to: ja, mój mąż i Jezus. Najważniejszym człowiekiem jest dla mnie mój mąż (dla mojego męża jestem nim ja) zaraz po nim moje ukochane dzieci. No bo… miłość męża i żony jest jak ciepło zapalonego przez Boga ognia. Małżonkowie razem muszą ten ogień miłości codziennie podtrzymywać, umacniając swoją jedność. Żaden inny ogień nie da naszemu domowi poczucia prawdziwego bezpieczeństwa. Jeśli ja bardziej skoncentruję się na dzieciach, zaniedbując miłość do mojego męża, nasz małżeński ogień będzie słabnąć. To niepodważalne, że ten chłód odbije się na dzieciach. Jeśli moje ukochane dzieci są dla mnie tak bardzo, bardzo ważne, chcę zrobić wszystko, aby umacniać jedność i miłość do mojego męża (oczywiście on ma takie same zadanie w stosunku do mnie). Wtedy, zarówno my, jak i nasze dzieci będziemy mogli cieszyć się blaskiem małżeńskiego ognia jedności nawet wtedy, kiedy dorosłe dzieci już wyjdą z rodzinnego domu, aby założyć własne rodziny.