A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę. Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie? Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił. A do nich rzekł: Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz, nawet w dzień szabatu? I nie mogli mu na to odpowiedzieć.

 

Metodologia działania Jezusa jest bardzo prosta. On nie czeka na tego, który ma do niego przyjść, lecz samemu wychodzi na spotkanie, stwarzając warunki sprzyjające. Chrystus trochę sam wpraszał się do domów osób żyjących w grzechach, lub też tych grzechów niedostrzegających. Przychodzi nie po to by zgromić, lecz poprzez obecność i słowo zaprosić do konkretnych decyzji. Kto wysłał tego chorego do Jezusa? Mogły to być osoby mające na celu sprawdzenie Jezusa. Dzień szabatu miał być cały dla Boga. Poniekąd człowiek miał się natrudzić, jedynie zabiegając o wypełnienie tego dnia tym, co buduje relacje ze Stwórcą.

Może jednak ten cierpiący człowiek poprzez ingerencję Bożą poczuł się zaproszony do stanięcia przed Jezusem? Celem tego spotkania nie była tylko kwestia uzdrowienia fizycznego. Pytania, zadawane przez Jezusa, są zaproszeniem do otwarcia się na dialog i decyzje. Jezus, obnażając ich przewrotność, mówi nawet o ratowaniu wołu w dzień szabatu. Jego słowo staje się wołaniem: obudźcie się z tego duchowego letargu.

Spotkałem w posłudze modlitwy o uzdrowienie osoby mocno oddalone od Boga, które dostrzegając cud, nawracały się i powracały do sakramentów. Były jednak i osoby mówiące: to był przypadek lub też może lekarze się pomylili i raka po prostu nigdy nie było. I nadal trwali w swoich grzechach. Ja czasami bezradnie rozkładałem ręce, a Jezus pewnie zaczynał na nowo szukać kolejnej okazji, by kogoś do siebie przekonać i uratować.