Problem polegał na tym, że liturgia słowa była bardzo długa i przebogata w treść: fragment Księgi Nehemiasza z opisem właśnie liturgii słowa, kiedy Izraelici wrócili z babilońskiego wygnania, dalej długi i skomplikowany (kiedy chce się go uważnie wysłuchać) wywód świętego Pawła o jedności Kościoła w różnorodności jego członków i na koniec fragment ewangelii Łukasza, zawierający prolog i dalszą część, która też opisuje liturgię Słowa i zawiera komentarz Jezusa do niej… Ogrom.

Najprostszą metodą byłoby wybrać jakąś jedną myśl, ale wtedy z drugiej strony oznacza to pozostawienie tylu innych ciekawych tematów. A w tym bogactwie mieliśmy w czym wybierać – kształtowanie się liturgii Słowa i jej znaczenie, kwestia Tradycji, czyli interpretacji Słowa przez Lud Boży na przestrzeni czasu, proroctwa i ich wypełnienie w Chrystusie, powstanie Ewangelii i kwestia ich natchnienia, a jeszcze nie dotarliśmy do św. Pawła…

Pół dnia myślałem o czym właściwie powiedzieć. Przeczytałem wprowadzenie do tego Słowa, spojrzałem na jakieś komentarze. Jednak ciągle nic nie przychodziło mi do głowy. Rzuciłem jeszcze raz okiem na Ewangelię: „Jezus zwinąwszy księgę, oddał słudze i usiadł, a oczy wszystkich w synagodze były w Niego utkwione”. To była sekunda olśnienia, która rozwiązała mój problem z homilią. Oczy utkwione w Jezusa!

Moment, w którym Jezus kończy czytać i siada – koniec głoszenia. Koniec karmienia się. W pewnym momencie stajemy się już nasyceni, „nasłuchani”. Wtedy trzeba usiąść i patrzeć. To jakby dalsza część tej liturgii, tego spotkania. Kiedy już nie trzeba więcej słuchać, a potrzeba spojrzenia. Mam tu na myśli kontemplację. A może bardziej tworzenie warunków do jej zaistnienia. Patrzeć – bo na tym polega kontemplacja. Przestać mówić, prosić, wysilać się i tworzyć pobożne westchnienia. Być. Tu i teraz. Z Nim.

Tylko tyle. I aż tyle.