Panie, świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali, kropla rosy porannej, co spadła na ziemię. Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił. Jakżeby coś trwać mogło, gdybyś Ty nie powołał do bytu? Jak by się zachowało, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia. Bo we wszystkim jest Twoje nieśmiertelne tchnienie. Dlatego nieznacznie karzesz upadających i strofujesz, przypominając, w czym grzeszą, by wyzbywszy się złości, w Ciebie, Panie, uwierzyli.

 

Kiedy pojawiają się w Twojej głowie narzekania, że „chyba Pan Bóg nigdy nie skończy karania mnie za grzeszne życie” – nie wierz im, ale staraj się jeszcze mocniej przylgnąć do Niego przez sakramenty i modlitwę.

Kiedy w bezradności wobec niemocy wygrzebania się z różnych grzechów pojawia się złość i myśl: „nienawidzę siebie, mam do siebie wstręt, co za nędzną istotę Pan Bóg stworzył” – odrzuć je. Twoja słabość nie oznacza, że jesteś przez Niego mniej kochany, gorzej traktowany czy odrzucany.

Kiedy w bezradności przychodzisz do Niego, nie możesz Mu sprawić większej frajdy.