Przyszedł czas, że i nasz przedszkolak dołączył do grupy dzieci z wieloma zajęciami dodatkowymi. Nie ukrywam, bardzo się tym faktem najpierw mocno zestresowałam, dopiero później ucieszyłam. Mój stłumiony optymizm spowodowany był tym, że obserwując rodziny z boku, gdzie jest więcej niż jedno dziecko i każde z nich ma dodatkowy język i jakiś sport, widzę, że są w stałym biegu, ich życie toczy się od zajęć do zajęć. Gdy wracają do domu, to niekiedy zostaje już tylko czas na kolację, kąpiel i dobranockę, a od rana wyścig znowu się zaczyna. Za naszych czasów niektórzy z nas też już mieli dodatkowe zajęcia czy język obcy, jednak mam wrażenie, że nie było to rozumiane jako coś, bez czego będziemy mieli mniejsze szanse w przyszłości. A takie przeświadczenie mają niektórzy współcześni rodzice. Były dzieci, które wykazywały szczególne talenty i one faktycznie gdzieś zostały prowadzone dalej, ukierunkowane na daną dyscyplinę. 

Dzisiaj z kolei posiadamy podobną, choć większą ofertę dodatkowych zajęć, bardziej urozmaiconą. Przedszkola również proponują w programie nauczania m.in. zajęcia z języków obcych – już od trzeciego roku życia – zajęcia rytmiczne, gimnastykę, tańce, zajęcia muzyczne prowadzone przez profesjonalnych muzyków, kodowanie czy później robotykę. Pamiętam, że kiedy sama byłam w przedszkolu, wiele dodatkowych zajęć, na które miałam przyjemność chodzić, wzięło swój początek właśnie z zajęć przedszkolnych. Mój syn również przejawia już pewne zainteresowania. Często jest tak, że te zainteresowania różnymi sportami, tańcami itp. wynikają z zainteresowań rówieśników. Rodzice dzielą się swoimi doświadczeniami, zapisują dzieci parami, żeby było im raźniej. W ten sposób dziecko czuje się spokojniejsze, pewne siebie, że ma obok siebie kogoś mu bliskiego, znajomego.

Niejednakowo też rodzice podchodzą do zapisywania dzieci na różnej maści zajęcia. Od chyba skrajnej postaci, opisanej wyżej, kiedy to rodzic wywiera presję na dziecko, tłumacząc, że każda nowa umiejętność nabyta jak najwcześniej zwiększa jego szanse w przyszłości. Czasami to faktycznie ogromna troska i inwestycja w przyszłość dziecka. Czasem moda na wyścig genialnych dzieci albo przelewanie swoich niezrealizowanych ambicji na potomstwo. Tylko czy faktycznie dziecko złapie bakcyla? Czy kiedyś nie będzie miało do rodzica pretensji, że zostało do czegoś zmuszane? Są też rodzice, którzy zapisują dzieci od razu na wiele zajęć. Bardzo się przy tym poświęcają, jeżdżą z nimi od miejsca do miejsca, często kosztem swojego czasu wolnego. Niestety, kiedy dziecko nie przejawia oczekiwanego zainteresowania, robią mu wyrzuty, wpędzają w poczucie winy. 

Inna postawa rodzica to ta, kiedy daje on dziecku możliwość przekonania się, czy dane zajęcie spełni jego oczekiwania. Pozwala dziecku spróbować, zobaczyć, czym są dane zajęcia, jak będą wyglądać. I w końcu są rodzice, którzy nie zapisują dzieci w ogóle na dodatkowe zajęcia bądź zapisują tylko na wyraźną prośbę dzieci lub sugestię nauczyciela. Nie jest to ignorancja rodzica. Czasami po prostu dziecko nie jest jeszcze gotowe na coś dodatkowego i ma do tego prawo. Albo zdarza się, że rodzicom ciężko jest finansowo sprostać takim oczekiwaniom. Niemniej jednak sami próbują dzieciom zorganizować dodatkowe zajęcie w domowym zaciszu.

Wracając do moich obaw – ciągła gonitwa chyba już jest wpisana w bycie rodzicem. Tylko od nas zależy, jak do niej podejdziemy. Czy zaakceptujemy pewne niedogodności, czy będziemy umieli się podzielić obowiązkami ze współmałżonkiem. Czy faktycznie pomożemy dziecku rozpoznać jego zainteresowanie i mądrze go w tym kierować i utwierdzać. Z pewnością bardzo bałam się zmęczenia dziecka. Samo przedszkole i emocje z nim związane mocno wysilają syna. Często nie ma już siły na nic po powrocie z przedszkola. Zapisaliśmy go na dodatkowy język angielski. Raz, że bardzo lubi te zajęcia w przedszkolu, dwa, to naprawdę dobra inwestycja na przyszłość. Jak mogliśmy się domyślać, nic z naszym synem nie jest oczywiste. Najtrudniejsze zawsze jest przezwyciężenie jego obaw przed nowym miejscem, ludźmi, faktem, że nie będzie nas obok. Pierwsze zajęcia przesiedział cicho i wrócił do domu z przekonaniem, że już nigdy tam nie wróci. Postanowiliśmy jednak dać szansę temu pomysłowi i dziś jest coraz lepiej. Czasami potrafi nas zaskoczyć i powiedzieć, że nie może się już doczekać spotkania z panią i nowymi dziećmi.

Zmęczenie dziecka, jak się okazuje, to najmniejszy problem. Forma zajęć szybko dzieciom przypada do gustu. Zajęcia czasowo dostosowane są do ich wieku. Dzieci wbrew pozorom prędko potrafią się dostosować, raz lepiej, raz gorzej. Są też sytuacje, kiedy zupełnie dziecko nie może się zaaklimatyzować. I tu największe wyzwanie mamy my, rodzice. Zapisać dziecko, dać mu szansę na próbę i zdecydowanie się na coś nowego to jedno. Kiedy pojawia się problem, to raczej my boimy się zrezygnować. Namawiamy i tym samym przekraczamy w pewien sposób granicę naszych dzieci. Wiemy, że na wszystko potrzeba czasu, a jednocześnie oczekujemy szybkich efektów. To nic, że dzieci czasem mają słomiany zapał. To nic, że po długim czasie uczestniczenia w zajęciach nagle stwierdzą, że chcą spróbować czegoś nowego. Nie chcemy naciskać, choć całkowicie odpuszczając, ryzykujemy, że dziecko może zniweczyć swoje talenty, zdolności. Dziecko czasem potrzebuje takiego prowadzenia, ale cienka jest granica, by nie skończyło się to zmuszaniem. Nie ma dwóch takich samych sytuacji. Każde dziecko potrzebuje odrębnego spojrzenia. Trudno mi jeszcze powiedzieć, czy będę umiała dostrzec tę granicę, by dzieciom swoim towarzyszyć w ich pasji.

Z pewnością dawkujmy im zajęcia dodatkowe, ale dajmy możliwość spróbowania i wyboru. Prawie zawsze pierwsze zajęcia są pokazowe czy za darmo i warto z takich sposobności korzystać. Dobrym pomysłem będzie również rozpocząć przygodę z nowymi umiejętnościami od zajęć ogólnorozwojowych, jak gimnastyka, zajęcia sportowe, muzyczne, plastyczne. Wszystkie one mają przede wszystkim rozwijać zainteresowania i kreatywność dzieci. Ponadto ćwiczą kondycję, zdolności manualne i sprzyjają integracji sensorycznej.

My również na tym skorzystamy. Pomimo ciągłej bieganiny, życia w pośpiechu znajdą się i tacy rodzice, którzy godzinę czy pół godziny bez dzieci potrafią wykorzystać na wiele sposobów. Kiedy czekałam na syna w szkole językowej, słyszałam, jak rodzice opowiadali z wypiekami na twarzy, co w takim krótkim czasie potrafią zrobić dla siebie. I jak bardzo te krótkie, bądź co bądź, chwile są im potrzebne, jakie dają im wytchnienie. Jedni cieszyli się z chwili bez dzieci, inni, że mogą czasem gdzieś wyjść zupełnie samotnie. Trochę sobie ponarzekali, ale kiedy zajęcia naszych dzieci się skończyły, wszyscy od razu przestawiliśmy się na tryb rodzica. Rodzica, który już się stęsknił, dumnego z nowo nabytych umiejętności dziecka, czekającego na opowieści, czasem pocieszającego i ocierającego łzy. I to jest najpiękniejsze w macierzyństwie czy rodzicielstwie, że czasem możemy zrobić niewiele, ale z miłością, z wolnością do wyborów dzieci, a dostajemy tak wiele w zamian.