Bracia, jestem co do was przekonany, że pełni jesteście szlachetnych uczuć, ubogaceni wszelką wiedzą, zdolni do udzielania sobie wzajemnie upomnień. A może niekiedy w liście tym zbyt śmiało się wyraziłem jako ten, który stara się przypomnieć wam pewne sprawy na mocy danej mi przez Boga łaski. Dzięki niej jestem z urzędu sługą Chrystusa Jezusa wobec pogan, sprawującym świętą czynność głoszenia Ewangelii Bożej, by poganie stali się ofiarą Bogu przyjemną, uświęconą Duchem Świętym. Jeśli więc mogę się chlubić, to tylko w Chrystusie Jezusie z powodu spraw odnoszących się do Boga. Nie odważę się jednak wspominać niczego poza tym, czego dokonał przeze mnie Chrystus w doprowadzeniu pogan do posłuszeństwa wierze słowem, czynem, mocą znaków i cudów, mocą Ducha Świętego. Oto od Jerozolimy i na całym obszarze aż po Ilirię dopełniłem obwieszczenia Ewangelii Chrystusa. A poczytywałem sobie za punkt honoru głosić Ewangelię jedynie tam, gdzie imię Chrystusa było jeszcze nie znane, by nie budować na fundamencie położonym przez kogo innego, lecz zgodnie z tym, co napisane: „Ci, którym o Nim nie mówiono, zobaczą Go, i ci, którzy o Nim nie słyszeli, poznają Go”.

 

Wiara jest jak jazda na rowerze (to jeden z możliwych przykładów). Dziwnie to brzmi, ale prawdziwie. Najpierw ktoś musi dać Ci rower, potem powiedzieć, jak jechać, czasem przytrzymać, byś nie spadł, a potem..., to już trzeba poskramiać swoją wyobraźnię, by szczęśliwie dojechać do celu. Tę wiarę dał Rzymianom Paweł, uczył ją odkrywać i nią żyć – przez słowo, czyny, moc znaków i cudów, moc Ducha Świętego. A potem pozostawił ich i poszedł dalej.

Jest jednak mała różnica między rowerem a wiarą. Na rowerze będziemy umieli jeździć już zawsze. A czy zawsze będziemy wierzyli?

Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę, gdy powróci?