Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez proroka: „Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy "Bóg z nami”. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie.

 

W samym centrum dzisiejszej perykopy jest prośba anioła Pańskiego skierowana do Józefa, by wziął Maryję do siebie. Józef, posłuszny Bożemu natchnieniu, postąpił zgodnie ze wskazaniem. Owocem tego posłuszeństwa była tajemnica Świętej Rodziny, miejsca zrodzenia i wzrastania Wcielonego Syna Bożego.

Tak jak u początku Ewangelii według św. Mateusza, tak pod koniec Ewangelii według św. Jana odczytujemy scenę wzięcia Maryi do siebie. Umiłowany uczeń, Jan Apostoł, posłuszny swemu Mistrzowi, zabiera Maryję spod krzyża do siebie.

Na początku i na końcu Ewangelii pojawia się zatem przypomnienie, byśmy przyjmując Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie, nie zapomnieli wziąć do siebie Jego Matki.