Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej.

 

Czytając dzisiejszy fragment Ewangelii, można czuć pewne zamieszanie. Jezus wypowiada się dość kontrowersyjnie. Kto jak kto, ale On mógłby mówić bardziej dyplomatycznie. Pobożny chrześcijanin nie spodziewałby się, że Jezus może być sprawcą rozłamu, braku jedności, występowania jednych przeciw drugim.

Przecież On jest Tym, którego nazywają Księciem Pokoju. Wydaje się, że kluczem do odczytania tej wypowiedzi Jezusa są dwa wyrazy: ogień i chrzest. Znaczenie tych słów poznaje się dopiero w kontekście całego życia, męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

Ogień, który został przez Jezusa rozpalony, to nic innego, jak ogień miłości Bożej, albo jeszcze dokładniej - ogień umiłowania Boga. Jest to jeden z elementów Chrystusowej misji, aby objawić prawdę o Bogu, pokazać, jaki On jest i doprowadzić ludzi do głębokiej z Nim zażyłości, do pokochania Miłości. Ostatecznym krokiem do wykonania tego zadania był chrzest krwi, który Jezus przyjął. Dokonał tego, aby pokazać, że On sam - Bóg, z miłości do człowieka, nie cofnie się przed niczym.

Kiedy na uczniów Jezusa spojrzy się w kontekście trwania w umiłowaniu Boga i Jego Słowa, to taka ich postawa musi budzić sprzeciw tych wszystkich, którzy należą do świata. Czasem wynikiem tego w życiu chrześcijan może być nawet chrzest krwi, czyli męczeństwo. Jednak w zwykłych warunkach codziennego życia warto spojrzeć na swoje postawy w kontekście deklarowanej wiary i miłości do Boga. Na ile jest to autentyczne? Na ile potrafię być znakiem sprzeciwu wobec tego, co proponuje świat?