Trafiłem ostatnio na ciekawą interpretację pochodzenia nazwy pewnej miejscowości na Mazurach. Bardzo często w nazwach miejscowości na Warmii i Mazurach zapisana jest historia tych ziem – nawiązują one do starych nazw pruskich, później zniemczonych przez Krzyżaków, czasem później spolszczonych, żeby wreszcie po wojnie przyjąć brzmienie dość egzotycznie. Moja rodzinna miejscowość to dla przykładu Sterławki Wielkie, ale znajdziemy też Łędławki, Krelikiejmy czy Langanki. 

Garbno pod Kętrzynem według pierwszego zapisu w krzyżackich kronikach nazywało się Laumygarbis,  później Lamegarben i wreszcie Lamgarben. Interpretacje pochodzenia nazwy są bardzo interesujące – być może chodzi o wzgórze pośród bagien (staropruskie garbis i lamen), być może wzgórze czarownicy (znów staropruskie garbis i laume, oznaczające czarownicę). Jest jeszcze jedna, podobno mniej prawdopodobna interpretacja – wzgórze baranka (od niemieckiego Lamm). Nazwa ta miałaby wiązać się ze starym przekazem sięgającym XV wieku, według którego po okolicznych polach błąkał się baranek, który złapany znikał i znów pojawiał się w okolicy. Mieszkańcy mieli zobaczyć w tym przedziwnym zjawisku symbol Chrystusa i w roku 1422 wybudowali w swojej miejscowości kościół. 

W tej, zdaje się, mało prawdopodobnej historii, kryje się jednak pewna prawda. Nie da się “złapać” Chrystusa, którego w tej legendzie symbolizuje baranek. Nie da się jakoś Go dla siebie zatrzymać. Nie można osiągnąć poziomu relacji z Nim, w której wydaje się, że JUŻ Go znamy, że wiemy co i jak, że chwytając Go, mamy nad Nim jakąkolwiek kontrolę. On faktycznie pojawia się, daje się w pewnym sensie złapać, ale zaraz potem znika, żeby pojawić się w jakimś nowym miejscu. Ta legenda świetnie oddaje prawdę o tym, że chrześcijanin zawsze pozostaje człowiekiem w drodze, ciągle czujnym, żeby nie stracić z oczu Baranka. Ciągle szukającym Go. Z pokorą przyjmującym, że nie może nad nim w żaden sposób zapanować – przeciwnie – sam jest poddany Barankowi, który działa tak jak chce. 

Nie da się posiąść Boga. Kiedy wydaje się, że osiągasz jakiś poziom, masz jakieś swoje doświadczenie, że wiesz… Przychodzi moment, w którym to wszystko kładzie się w gruzy. Zostajesz ubogi, ogołocony.

Nie ma pieca Pana Boga, za którym możesz się schować i w ciepełku czekać, aż wszystko samo się zrobi, a decyzje ktoś podejmie za ciebie. 

Nie ma nóg Pana Boga, za które możesz złapać i mieć wrażenie, że wszystko już będzie ok. 

Na drodze wiary niepokój i poszukiwanie to normalna sprawa. Tu nigdy nie będzie spokoju. Kiedy Baranek znika, rozejrzyj się dobrze wokół siebie, bo na pewno czeka już gdzieś niedaleko, żebyś znów Go złapał. Kiedy znów zniknie, uważnie słuchaj, bo na pewno Jego słowo już cię naprowadza na miejsce, w którym znów Go znajdziesz. 

Czuwaj, słuchaj, szukaj. 

Odwagi.