I ujrzałem jakby morze szklane, pomieszane z ogniem, i tych, co zwyciężają Bestię i obraz jej, i liczbę jej imienia, stojących nad morzem szklanym, mających harfy Boże. A śpiewają pieśń Mojżesza, sługi Bożego, i pieśń Baranka w słowach: „Dzieła Twoje są wielkie i godne podziwu, Panie, Boże wszechwładny. Sprawiedliwe i wierne są Twoje drogi, o Królu narodów. Któż by się nie bał, o Panie, i Twego imienia nie uczcił? Bo Ty sam jesteś Święty, bo przyjdą wszystkie narody i padną na twarz przed Tobą, bo słuszne Twoje wyroki stały się jawne”.

 

Muszę się przyznać, że kiedy zacząłem czytać Słowo na dziś, byłem trochę zniesmaczony. Siedem plag, Boży gniew... No tak – znowu ktoś mnie straszy Bogiem. Jednak kontynuowałem lekturę. Zobaczyłem morze pomieszane z ogniem i Bestię. Myślę sobie: no świetnie..., coraz lepiej... I nagle – słyszę śpiew! Bestia przegrała, a śpiewają ci, którzy ją zwyciężyli!

Dzisiejsze czytanie zwróciło moją uwagę na dwie rzeczy.

Po pierwsze, zawsze łatwiej jest mi zauważyć to, co złe, straszne i trudne. Trochę jak Mojżeszowi z ekipą między Morzem Czerwonym a Egipcjanami, często wydaje mi się, że znalazłem się w życiowym potrzasku, sytuacji bez wyjścia. A przecież jest Bóg! I drugi „wniosek” z dzisiejszej lektury. Jest Bóg, który zawsze zwycięża. Trudno chwytać harfę, grać i śpiewać, kiedy mam przed oczami wizję końca. Ale od czego mam wiarę?