Kiedy w listopadzie ubiegłego roku Philip Nitschke poinformował świat o swoim wynalazku, to uśmiechnąłem się z politowaniem. Kiedy pół roku później Sarco stało się hitem targów pogrzebowych w Amsterdamie, zamarłem – nomen omen – z przerażenia.

Sarco to maszyna służąca do samodzielnej eutanazji, albo raczej do estetycznego samobójstwa. Co ciekawe, w medialnych relacjach (ja cytuję za serwisem tech.wp.pl) twórca kapsuły nie przywołuje argumentów religijnych czy moralnych, a raczej posługuje się retoryką użyteczności i estetyczności takiego rozwiązania.

Wg Philipa Nitschke samobójcy często pozostawiają po sobie ogromne szkody – zniszczone mieszkania, szok dla bliskich albo… zatrzymanie na kilka godzin sieci komunikacyjnej, gdy samobójca rzuci się pod pociąg. „Użycie kapsuły do odebrania sobie życia wydaje się bardziej ‚higienicznym’ rozwiązaniem” – tłumaczy absurdalnie twórca Sarco, który uważa, że wybór momentu śmierci jest podstawowym prawem człowieka.

W kapsule znajduje się pojemnik z azotem, który powoduje w szybkim czasie utratę przytomności a potem śmierć w skutek uduszenia. Maszyna wyglądem przypomina nowoczesną trumnę i za taką może też służyć. Poza tym, Sarco ma być wytwarzane w technologii druku 3D, a co za tym idzie, każdy potencjalny użytkownik mógłby dostosować wygląd do swoich potrzeb i oczekiwań…

***

Tymczasem w Watykanie z papieżem Franciszkiem spotkał się Thomas Evans – ojciec 2-letniego Alfiego. Chłopiec ma poważne uszkodzenia mózgu. Lekarze i brytyjskie sądy chcą odłączyć go od aparatury podtrzymującej życie. Z takim wyrokiem nie godzą się rodzice, którzy chcą kontynuować leczenie syna w należącym do Stolicy Apostolskiej szpitalu pediatrycznym Dzieciątka Jezus. 

Jak relacjonują media watykańskie, Thomas Evans podczas spotkania z Franciszkiem powiedział, że Alfie jest dzieckiem Boga, od Niego otrzymał życie i to również On zadecyduje o jego końcu w chwili, którą uzna za stosowną. Ojciec Święty tę odważną postawę mężczyzny porównał do miłości Boga względem człowieka, bo Bóg też nigdy się nie poddaje.

„Chciałbym przypomnieć i z całą mocą potwierdzić, że jedynym Panem życia od jego początku do naturalnego końca jest Bóg! A naszym obowiązkiem jest uczynić wszystko, co w naszej mocy, by chronić życie” – powiedział papież na zakończenie środowej audiencji ogólnej.

Jednym ze słów kluczy do zrozumienia pontyfikatu papieża Franciszka jest „czułość”. Franciszkowa rewolucja czułości w naturalny sposób wyewoluowała z Wojtyłowej cywilizacji miłości. Pragnienie czy potrzeba miłości przejawiająca się w codzienności okazywaniem czułości jest wyraźnym znakiem czasu, który ludzi wiary wzywa do odpowiedzi. To właśnie czułość musi być odpowiedzią na ból i samotność człowieka chorego, niepełnosprawnego, samotnego, umierającego.

***

O ile papież Franciszek nazywany jest prorokiem czułości, to kapłanem czułości można określić ks. Jana Kaczkowskiego. Skutecznie czułości uczył słowem i czynem. W praktyce pokazywał na czym czułość polega. O jego kapłańskiej skuteczności w przywracaniu ludziom poczucia godności i wlewaniu w ich serca nadziei decydował „wrażliwy słuch i serce we właściwym miejscu”. Jak relacjonuje Joanna Podsadecka, która pracowała z ks. Janem nad jego ostatnią książką, kapłan chciał, żeby wybrzmiał z niej najważniejszy komunikat, który każdy z nas może przekazać choremu: „Jesteś dla mnie ważny. Nigdy cię nie opuszczę”.

Historie dwóch osób – Barbary i Marka – opisane w książce „Sztuka czułości” (wyd. WAM, Kraków 2017) są przykładem tego, jak ks. Kaczkowski przywracał ludziom poczucie godności i na nowo wlewał w ich serca nadzieję. Co więcej, w jego byciu czułym przeszkody nie stanowiły żadne odległości. Gdy dostrzegał problem, najpierw z troską odpowiadał na maila, a potem był gotów polecieć nawet do… Australii. Może tak bardzo by to nie dziwiło, bo przy okazji głoszenia kazań i konferencji zbierał pieniądze na hospicjum w Pucku, więc można powiedzieć, że miał w tym swój interes, ale to był przecież człowiek na progu śmierci – terminu wylotu na antypody szukał między jedną a drugą chemią… 

Dramatyczne historie Barbary i Marka (szczegóły w książce Joanny Podsadeckiej) odwróciły i oddaliły ich od Kościoła na długie lata. Ale na ich przykładzie rewelacyjnie widać, że „metoda” stosowana przez ks. Kaczkowskiego jest praktycznym i skutecznym realizowaniem Franciszkowego wezwania do wychodzenia na peryferie. To właśnie z duchowych i kościelnych rubieży i Barbarę, i Marka ks. Jan sprowadził do samego serca wiary, czyli Jezusa obecnego w sakramentach.

Ks. Jan zwracał uwagę, że Kościół powinien być czuły, bo Ewangelia jest niezwykle czuła. Mówił, że choroby się zdarzają, więc musimy je umieć przyjąć, ale podkreślał, że wszystko trzeba „otulić miłością”.

Jedną z jego rad może wziąć sobie do serca każdy: „Nauczmy się przytulać modlitwą, przytulać Komunią Świętą tych, których kochamy. Można się za kogoś tak głęboko pomodlić, przyjąć Komunię Świętą, żeby poczuł bliskość i czułość. Bóg jest czuły. Kościół jest (powinien być) czuły. I my bądźmy czuli”.