Wiele razy spotykamy się w swoim życiu z krytycznymi uwagami. Jako mamy prawie cały czas jesteśmy bombardowane tzw. musizmami. Musisz dawać dziecku mięso, musisz dziecko cieplej ubierać, musisz już obciąć włosy synkowi, musisz zdecydowanie reagować na zachowanie swoich dzieci, musisz karmić piersią itd. Chcę wierzyć, że większość z tych rad jest naprawdę podyktowana troską, choć zdarza się, i wiem to z doświadczeń wielu mam, że są to rady często wytykające nasze – w mniemaniu innych – błędy.

Czy my zawsze coś musimy? Czy stale musimy być poddawane jakiejś presji, wyścigom, rywalizacji? Czy nie lepiej, żeby nam się chciało? Żebyśmy na myśl o macierzyństwie czuły raczej szczęście, pole do działania, wyzwanie? Nikt nie lubi być do czegoś zmuszany. A teraz odwróćmy trochę perspektywę. Jak wyglądają nasze prośby, a może nakazy, wobec naszych dzieci? Zjedz zupę, bo… ubierz się, bo… Masz posprzątać swój pokój, nie rozmawiaj, nie przeszkadzaj, nie dotykaj, przestań marudzić, nie rób. I jak się mogę domyślać, dzieci prawie nigdy nie zrobiły tego, czego od nich oczekiwaliśmy. Też nie lubią być zmuszane i mają do tego prawo. Pewnie w końcu zrobią, co każemy, bo tak działa przymus. A od przymusu krótka droga do przemocy. Dziecko się buntuje, awanturuje, krzyczy, płacze, a my nierzadko razem z nim. Przemoc rodzi przemoc, zaburzone jest poczucie bezpieczeństwa, rodzą się lęki. Ktoś powie, że w tej relacji to my jesteśmy rodzicami i to na nas spoczywa odpowiedzialność za wychowanie dziecka i nie można dziecku na wszystko pozwolić. Czy można zatem jakoś inaczej wyrazić nasze oczekiwania? Co zrobić, by dziecko chciało, a nie musiało? 

Kwestia przymusu dała mi do myślenia, kiedy wyczytałam gdzieś w Internecie zdanie: „wychowuj swoje dziecko dzisiaj tak, by w przyszłości odwiedzało cię z chęci, a nie z poczucia obowiązku”. Bardzo bym chciała, by moje dzieci czuły moje wsparcie, żeby nie bały się przyjść do mnie w swoich gorszych czy kryzysowych chwilach. A konwersacja z nimi oparta na przemocy słownej, przepychankach, rozkazach niestety może dać skutek odwrotny. 

Miałam szczęście uczestniczyć w konferencji dla kobiet, mam, w której przedstawiono nam koncepcję komunikacyjną – porozumienie bez przemocy, stworzoną przez amerykańskiego psychologa Marshalla B. Rosenberga. W skrócie koncepcję tę można opisać jako sztukę komunikowania się opartą na empatii z uwzględnieniem potrzeb wszystkich uczestników dialogu. Kiedy nasza prelegentka przedstawiła w praktyce, jak wygląda jej rozmowa z dziećmi, byłam zachwycona. Nie było w jej wypowiedzi ani krzty złośliwości, braku szacunku do dziecka, podniesionego tonu. Natomiast w sposobie jej rozmowy jako rodzica można było dostrzec dużą dozę empatii, szacunku, zrozumienia, przede wszystkim chęci do porozumienia się i nawet odejścia od swojego obranego obrotu spraw na korzyść wyjścia, z którego skorzystają dwie strony. Owszem, nie jest to łatwa sprawa, aczkolwiek wczytując się w założenia rzeczonej koncepcji, staraliśmy się w domu ją wdrożyć. I mamy w tym nawet niewielkie sukcesy. Przede wszystkim udaje się ograniczyć krzyki, awantury, a co najważniejsze nasze dzieci nas słuchają. Nie robią wszystkiego, o co je prosimy, ale są czynnymi słuchaczami, wchodzą z nami w dialog, a co za tym idzie – w relację. Nie jest powiedziane, że zawsze jest tak idealnie. Byłoby za prosto, bo nie ma recepty na wszystko. Niestety są i takie sytuacje, podyktowane różnymi czynnikami, jak nasz stres, brak czasu, kiedy nasza uważność na potrzeby dzieci zawodzi, kiedy nie mamy czasu poszukiwać kolejnych argumentów. Myślę, że jest to kwestia praktyki. A my dopiero się tego uczymy.

Jedno jest pewne. Brak presji jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż stała kontrola. Nie oznacza to jednak, że teraz nasze relacje ograniczają się wyłącznie do pozytywnych rozmów. Owszem, musi być dyscyplina, muszą być postawione pewne granice, ustalone jasne i zrozumiałe dla dziecka reguły. Bez tego dziecko nie czułoby się bezpiecznie. Potrzebuje, by jego świat był uporządkowany. Co ważne, dziecko będzie samo nas i siebie pilnowało, by egzekwować należycie ustalonych zasad. Ponadto nie należy oszukiwać swoich dzieci, lepiej wyjaśniać im wszelkie wątpliwości, bo inaczej stajemy się dla nich niewiarygodni. Również wtedy, kiedy sami zmieniamy reguły gry w trakcie jej trwania, kiedy odpuszczamy z błahych powodów. Konsekwencja jest tutaj jak najbardziej pożądana. Niemniej jednak pamiętam taki przykład właśnie z konferencji, żeby czasami odpuścić dziecku, np. kiedy jest pochłonięte zabawą i nie przeszkadza ona ogółowi albo nie każmy sprzątać na siłę klocków z podłogi, ponieważ może to być akurat jakaś ważna konstrukcja dla naszego dziecka. Można posprzątać wszystko dookoła. Często jest tak, że jutro już ta zabawa się dziecku znudzi i samo posprząta klocki. 

Czasami naprawdę coś musimy zrobić, bo przecież wiele rzeczy jest od nas niezależnych. Jednak kiedy uświadomimy sobie, że nasze uczucia i potrzeby w głównej mierze zależą od nas, od naszych wyborów, od naszego nastawienia, to nasze „muszę” nie jest już takie straszne i frustrujące. Dlatego, prosząc o coś dziecko, zawsze lepiej jest pokazać mu, że mamy jakąś potrzebę do zaspokojenia. Niestety, czasem może nam odmówić, bo w danej chwili może mieć potrzebę zrobienia czegoś innego. Ważne jest, by mieć na uwadze to, że każda potrzeba jest równie ważna, istotna. Jeżeli obie strony wyraziły swoje potrzeby, wówczas możecie razem dojść do porozumienia i znaleźć sposób rozwiązania konfliktu. Nie zakładajmy z góry, jak powinno się ten problem rozwiązać. Ważniejsze jest uświadomienie sobie, że obie strony czegoś potrzebują, i zastanowienie się, czy można te potrzeby zaspokoić razem. Zarówno rodzice, jak i dzieci posiadają takie same potrzeby, natomiast często chcemy je zaspokoić w różny sposób i tu możemy upatrywać drogi do porozumienia. A to, którą strategię wybierzemy i którą potrzebę najpierw zrealizujemy, zależy od naszych uczuć. Nie da się wszystkiego pojmować tak zdroworozsądkowo. Uczucia podpowiedzą nam, co w danej chwili jest najistotniejsze. Ważne, by być ze sobą szczerym i odnosić się do siebie z szacunkiem, nie oceniać.

Wiem, że dla wielu mam, w tym i dla mnie, stosowanie się do powyższych podpowiedzi w komunikacji z dzieckiem jest niezwykle trudne. A to przede wszystkim z uwagi na to, że dorastaliśmy w głównej mierze na systemie nagród i kar. Raczej nikt nas nie uczył motywowania poprzez zachęcanie. Naszych rodziców pewnie uczyli tak ich rodzice, a nierzadko my też poprzestajemy na takiej koncepcji wychowania. Pocieszające jest to, że tak wielu rodziców zauważa, że ten system działa tylko na krótką metę. I powoli od niego odchodzi. Zmieniła się optyka patrzenia na system kar i nagród, na system motywatorów. Dzisiaj kara musi mieć sens, tzn. nie może być oderwana od czynu. Dziecko musi znać oczekiwania względem siebie i konsekwencje. Kara powinna mieć właściwości wychowawcze, inaczej dziecko nie będzie się przyznawało do błędów, będzie czuło tylko strach i uległość. A motywowanie, jestem przekonana, uczy odpowiedzialności. Celem rodziców nie powinno być dawanie kar ot tak, kiedy dziecko popełnia błąd, ale raczej uświadomienie dziecku, że błąd popełniło i pomóc mu w naprawieniu jego szkód. 

Wydaje mi się, że uważność na swoje potrzeby, mówienie o swoich uczuciach i oczekiwaniach da naszym dzieciom powód, by one robiły podobnie. Wówczas nie będziemy się tylko domyślać, co się dzieje, w czym tkwi problem. Tego typu rozwiązania są warte zastosowania i pochylenia się nad nimi, gdyż płynie z nich wiele korzyści. A wychowanie staje się jeszcze ciekawszą przygodą, w której nie ma wygranych czy przegranych. Serdecznie polecam!