Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć od niego chrzest. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: "To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?" Jezus mu odpowiedział: "Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe". Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły się nad Nim niebiosa i ujrzał ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego. A oto głos z nieba mówił: "Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie".

 

Podobnie jak w naszym życiu, tak i w liturgii Kościoła czas upływa bardzo szybko. Zaledwie kilkanaście dni temu cieszyliśmy się rodzinną atmosferą wigilijnego spotkania i świąt Bożego Narodzenia. Kilka dni później wpatrywaliśmy się w duchowe piękno Świętej Rodziny, próbując odszukać w niej wzorce do naśladowania w życiu naszych rodzin. W miniony poniedziałek wędrowaliśmy wraz z Mędrcami ze Wschodu do Betlejem, aby uświadomić sobie, że Jezus Chrystus przychodzi na ziemię, aby wyzwolić z niewoli grzechu i śmierci wszystkie narody i przeniknąć swoją Boską mocą wszystkie kultury i wszystkie zakątki ziemi i całego wszechświata.

W dniu dzisiejszym Kościół ukazuje nam kolejną wielką tajemnicę naszej wiary – chrzest Pana Jezusa w rzece Jordan. Syn Boży nie jest już maleńkim Dzieciątkiem leżącym w żłóbku. Jest już u kresu swojego ziemskiego życia. Przed Nim ostatnie 3 lata życia, bardzo intensywne, wypełnione publiczną działalnością, uwieńczone śmiercią na krzyżu.

Dlaczego Pan Jezus chciał przyjąć chrzest Janowy? Przecież nie potrzebował chrztu pokuty, nie potrzebował nawrócenia, nie potrzebował zmycia swoich brudów, bo ich po prostu nie miał. Od samego początku swojego człowieczeństwa był niepokalany, bezgrzeszny. Syn Boży wszedł do Jordanu, do rzeki pełnej brudu i grzechu, ponieważ był w pełni świadomy swojego posłannictwa, swojej misji. Wiedział, że został posłany na ziemię przez swojego Ojca, aby wziąć na siebie wszelki brud, wszelki grzech.

Chrzest Pana Jezusa w Jordanie, choć bardzo ważny, ma jednak tylko znaczenie symboliczne. Bowiem prawdziwy chrzest Pana Jezusa dokona się 3 lata później, kiedy będzie musiał umierać na drzewie krzyża. „Chrzest mam przyjąć – będzie się żalił sam Pan Jezus – i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie” (Łk 12,50).

Ten Jezusowy chrzest jest źródłem naszego chrztu. Nam nie jest już potrzebny chrzest Janowy, symboliczny. My uczestniczymy już w prawdziwym chrzcie, w prawdziwym obmyciu. Mocą tej miłości do Ojca, jaką na krzyżu przepełniony był Jezus Chrystus, każdy z nas został odrodzony w imię Trójcy Przenajświętszej – w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Odtąd całe nasze życie powinno być zanurzone w Bogu.

Czy jednak tak jest w naszym życiu? Czy naprawdę jesteśmy przekonani o tym:

  • że chrzest jest najpiękniejszym i najwspanialszym darem Pana Boga dla człowieka?
  • że jest fundamentem całego naszego życia chrześcijańskiego?
  • że jest bramą życia w Duchu Świętym?
  • że przez chrzest stajemy się członkami Chrystusa oraz zostajemy wszczepieni w Kościół i stajemy się uczestnikami jego posłania?