Za chwilę wybuchnie w mediach, ale i w rodzinach, dyskusja, czy dzieci powinny w ogóle dostawać prezenty. Prawdopodobnie nie zmieni ona w żaden sposób tych przerażających danych finansowych. Że dać trzeba, że sowicie, jest w nas już mocno zakorzenione. Może jednak ten prezent nie taki zły… Może tylko gdyby nie był tak duży lub tak kosztowny, lub tak efektowny, że przysłania całego Jezusa, byłoby z nim wszystko w porządku?

Kiedyś najczęściej kupowanym prezentem na komunię był rower. Dziś młodzi podobno marzą na przykład o elektrycznej desce do jeżdżenia. Ma zasięg nawet do 20 km/h (?!). A może na komunię lepsza będzie hulajnoga elektryczna? Dziecko jeżdżąc na niej, porusza się z umiarkowaną prędkością (16 km/h, czyli taką, jak bieg). Na topie jest też Solowheel (?!) - ekologiczny jednokołowy rower z napędem elektrycznym. Brzmi nieco futurystycznie. 

Jednak, Szanowni Państwo, trwa maj. Miesiąc pierwszych Komunii świętych. Emocje nie stygną od lat w tym temacie, a temat jest jak rzeka. Rwąca. 

Stroje. Niby już wiadomo, że wszyscy tak samo lub chociaż podobnie, że bez diademów na głowie, wizyt w solarium i u kosmetyczki, a jednak każdego roku Internet obiegają foty małych, „zrobionych” królewien. Kasa. O nią, jak już wyżej wspomniano, burza jest na każdym etapie. Zaczyna się tematem: fotograf czy kamerzysta („wystarczą nam zdjęcie”, „film musi być”). Spór kończy się w wielu parafiach tak samo. Swoje robi zapłacony fotograf, operator kamery, a po kościele biega dodatkowo wujek Mietek i ciocia Aniela, bo muszą mieć zdjęcia „u siebie”. Problemów ciąg dalszy, czyli wymienione tu wszechobecne prezenty. W kościele: dla dzieci, proboszcza, pani katechetki. Prezenty w domu: od wujka Staszka, babci Halinki i kuzynki Eli. Wydajemy miliony. Nie! Nawet miliardy. 

To robimy my, dorośli. Dzieci? Nie wiem, czego chcą współcześni „pierwszokomunijni”, ale może tak uczciwie przyjrzyjmy się temu, czego chcieliśmy my sami, w tym wyjątkowym dla nas czasie?

Ot, taka Małgosia. Lata 90-te. Małgosia ma osiem lat. Umie już „Ojcze nasz”, „Wierzę w Boga” i co tam trzeba - umie. Dostała nawet rolę w kościele. Wierszyk. Też umie. Od wielu miesięcy Małgosia trenuje tę „pierwszą komunię”. Chodzi po kościele na czas, czwórkami, wychodzi i wchodzi do ławki, znowu w kierunku ołtarza. Dużo chodzenia. Chyba nawet z rodzicami trenuje to chodzenie, ale tego to już tak dobrze nie pamięta. Małgosia czuje, że dzieje się coś ważnego. Przemiła pani katechetka uśmiecha się i dużo mówi. Wszystkie te opowieści są bardzo miłe. Jezus taki pastelowy w tych historiach chodzi po łąkach, pasie owce, przytula dzieci. Właściwie wszystko ma kolor błękitny, biały lub różowy. Małgosia na pewno chce być tego dnia księżniczką.

W tym czasie w Polsce rodziny coraz więcej mają, sklepy mają, wszyscy mają. I Małgosia stoi na krześle, w małym sklepiku i przymierza najwspanialszą na świecie suknię. Nie białą albę, ale prawdziwą, własną, białą sukienkę. Małgosia w dzień pierwszej Komunii Św. w tej sukni, z wiankiem na głowie, czuje się kimś wyjątkowym, czuje, że dzieje się coś wyjątkowego. I tak Małgosia przyjmuje Pana Jezusa. Nabożnie. Z rodzicami. Są na to mocne dowody w postaci wyblakłych zdjęć. Małgosia dostaje też prezenty. Rower? Nie pamięta. Chyba nie. Jednak dziewczynka na bank dostaje biały zestaw: kalkulator, zegarek i długopis. Pierścionek. Może nawet dwa. Pieniądze. Są, są. W tych wszystkich kartkach, których losy z wielką uwagą śledzą rodzice. Na co zostały przeznaczone? Małgoś nie pamięta. 

Sumując w pamięci. Pierwsza Komunia Św. Lata 90. Mała Małgosia wie jedno. Przyjęła Pana Jezusa i to było wielkie święto. Był rosół, goście, dzieci pięknie ubrane, rodzice wyfryzurowani. Wielka radość bycia razem. Śpiew taki, że w kościele huczało we wszystkich kątach. I Marysia po latach cieszy się, że ten Jezus nie przyszedł po cichu, ledwo zauważony, że się tak bardzo postarano, by całe, małe miasto żyło tą jego pierwszą obecnością w sercach wielu dzieci. I tak co roku. Aż do momentu, gdy zaczęliśmy być mądrzejsi. Gdy nie wystarczyła już biała, zwykła sukienka, ale taka za więcej niż 200 zł. Gdy zaczęliśmy pytać psychologów o to, jaki wpływ na dziecko ma pierwsza spowiedź św. Gdy na prezenty zaciągnęliśmy pierwsze pożyczki. Gdy nie umieliśmy sobie jako konsumenci poradzić z wielością towaru na półkach i rozróżnianiem tego, co kompletnie zasłania Jezusa, a tego, co czyni ten dzień wyjątkowym i zostanie na „wieczną pamiątkę”. 

A może Jezusowi wcale nie przeszkadza ta gorączka komunijna? Może cieszy, się, że rodzina gorączkuje się razem? Razem zje rosół, schabowego, uśmiechnie się do zdjęcia. 

Pierwsza Komunia Święta to jest święto! Na wielu płaszczyznach jest się z czego radować i niekoniecznie z tego, że udało nam się dotrwać i jest po wszystkim (o ironio!). Bez uświadomienia sobie tego, co świętujemy, żadna dyskusja o pieniądzach i prezentach nie ma sensu. Co się w ogóle dzieje tego dnia i po co? Odpowiedź na to pytanie wyznaczy kierunek naszych dróg również tych do hipermarketów. 

Życzymy dobrego świętowania wszystkim „pierwszokomunijnym” i ich bliskim! Oby był to piękny dzień i początek nowej przygody z Jezusem obok! I oby wszyscy goście mieli taką samą wizję tego dnia, jak rodzina, która ich zaprasza! A, i oby zostało coś na pamiątkę, która po latach przypomni ten dzień, ale nie będzie jedynym wspomnieniem!