Mijające w nim dni wypełniają: cudowne rodzinne chwile, równie „cudowne” kłótnie, starcia z rozmaitymi problemami i… już o wiele mniej cudowny, wszędobylski bałagan. Chociaż… muszę przyznać, że kilka dni temu nieoczekiwanie stał się dla mnie wstępem do krótkiej, bogatej w doznania podróży w przeszłość. Jak się na nią załapałam?

Każdego roku nadchodzi czas, kiedy staramy się uporządkować piwniczne regały zawalone różnymi rupieciami i workami ubrań, z których starsze dzieci już wyrosły, a młodsze muszą jeszcze dorosnąć. Jest to dość trudne dzieło, biorąc pod uwagę: rotację ubrań, mój wrodzony brak staranności w sortowaniu i przepakowywaniu, jak i to, że często ktoś z rodziny z różnych przyczyn sytuacyjnych dokłada nam jakiś pakunek z dziecięcymi ciuszkami. Zdarzyło się nawet, że na jednym z regałów na czas nieokreślony zagościła dziewczęca garderoba. Tak więc i tego roku „naszła” nas wena, pod natchnieniem której kolejny raz stanęliśmy do walki z piwnicznym bałaganem, tym bardziej, że – prócz konieczności wymiany dziecięcej garderoby na cieplejszą i nieco większą – do działania zmotywował nas fakt, iż oczekujemy narodzin kolejnego dziecka i jakimś cudem jest to dziewczynka! To niezaprzeczalnie znakomity powód do tego, aby pozbyć się zapasów małych chłopięcych ubranek i odszukać podrzucone nam kiedyś różowe, dziewczęce śpioszki i sukieneczki. A więc, do dzieła! Mąż zszedł dzielnie do piwnicy i wytargał na środek salonu okurzone kartony i worki. Kiedy pełni werwy i zapału dotarliśmy wreszcie do pudeł z najmniejszymi rozmiarami, wśród maleńkich ciuszków rozpoznaliśmy te, które przeszło 15 lat temu sami kupiliśmy, szykując wyprawkę dla pierwszego syna. Z tkliwością rozłożyłam na blacie stołu jeden z kaftaników, który kiedyś okrywał ciałko kolejno każdego z naszych dzieci. Jedno spojrzenie na ten mocno już sfatygowany kawałek materiału w jednej chwili przeniosło nas w inną czasoprzestrzeń i – bezlitośnie rozprawiając się z zapałem do pracy - usadził w milczeniu na krzesłach. „Pamiętasz…?” – wydukałam z siebie. „Pamiętam… – mąż odpowiedział w podobnym, melancholijnym tonie, a po chwili dorzucił jeszcze: „Wiesz, czuję się jakoś tak… młodo, kiedy patrzę na te rzeczy (rzekł 39 letni starzec😊).

Podobno ludziom tuż przed śmiercią przesuwają się przed oczyma kadry z całego życia. W chwili, kiedy spoglądałam na wysłużony kaftanik przemknęło mi z prędkością światła 16 lat małżeństwa. To tak dużo, a zarazem tak mało wspólnych dni, poczynając od chwili naszego ślubu, kiedy wraz z nami w trudną drogę małżeństwa wyruszył On – nasz Bóg Ojciec, Jego syn i Duch Święty. On wciąż niezmiennie nam towarzyszy, nawet wtedy, kiedy wepchnięty w piwniczne regały (przecież kiedy będzie potrzebny, to się po niego zejdzie i posadzi w salonie) czekał, aż zaprosimy go do centrum naszego życia. Długo by mówić, jak do tego doszło, ale dzięki Jego Łasce przyszedł czas, kiedy naprawdę zapragnęliśmy, aby stał się najważniejszą Osobą w naszej rodzinie. Milcząco wpatrzona w porozciągany kaftanik, w tej przedziwnej podróży w przeszłość przemknęłam myślami przez chwile – nie omijając tej teraźniejszej – kiedy prowadzona przez Niego powoli odkrywałam i wciąż odkrywam Jego obecność w moim powołaniu do bycia kobietą, żoną, matką, córeczką Boga… „Co jeszcze pomożesz mi odkryć?” – zapytałam Go w myślach, które niespodziewanie zwróciły się ku przyszłości.

Cokolwiek przede mną… byleby tylko nigdy nie wędrować bez Niego. Jedno wiem na pewno: Do piwnicy Bogu wstęp wzbroniony! I nie jest to przestroga dla Niego, ale dla mnie.

„To w tym worku powinny być te dziewczęce ciuszki – mąż wyrwał mnie z zamyślenia, wskazując palcem na jeden z pakunków. „No to… zacznijmy tam szukać” – odpowiedziałam z zapałem, nie mogąc się doczekać widoku różowych, malutkich sukieneczek.