Media społecznościowe sprawiły, że dzisiejsze macierzyństwo jest sumą różnych oszustw, którym się bardzo podporządkowujemy. Niejedna mama nie umie się otwarcie przyznać, że ta cukierkowość wynika z naszego lęku przed byciem gorszą, może mniej zaangażowaną czy lekceważącą różne nowinki. Dlatego czasem ślepo idziemy za nową modą. Chwalimy się co rusz nowymi pomysłami, zdjęciami z wakacji. Nasze dzieci są śliczne jak z żurnala, uśmiechnięte, szczęśliwe. Oczywiście nie wszystko jest kłamstwem. Podziwiam mamy, które potrafią się zorganizować, mieć wszystko posprzątane, ugotowane i same być zadbane do perfekcji. Wiem, że takie naprawdę istnieją i chcę wierzyć, że tak można. Jednak po swoich trudnych niekiedy doświadczeniach, szczególnie w pierwszym roku macierzyństwa, wiem, że do takiej perfekcji niełatwo dojść.

Co gorsza, właśnie my, mamy, same utrudniamy sobie naszą odpowiednią wizję macierzyństwa. Często jesteśmy dla siebie nie wsparciem, ale konkurentkami w rywalizacji o tytuł perfekcyjnej mamy. Przewrotnie mówimy, że czysty dom, drogie zabawki nie są ważne, a jednak, często podświadomie, myślimy inaczej i nie stosujemy się do własnych reguł. Odpuszczanie w wielu sprawach jest tak złożone, że nieraz toczymy wewnętrzną walkę, by naprawdę zrezygnować z czegoś na rzecz bycia razem z rodziną. Wynikać to może z naszej potrzeby bycia lepszą, ale niekoniecznie w oczach innych. Z pewnością chcemy się wybielić, szczególnie w swoich oczach, ze swoich porażek i niepowodzeń. Choć nie zawsze dlatego, że w czymś faktycznie zawiodłyśmy, lecz że niestety inni mogą zauważyć naszą słabość. Boimy się porażki, jaką jest skrzywdzenie dziecka, zadanie mu dotkliwych ran, które mogą rzutować na jego dalsze życie. Stąd te zgrzyty, wyrzuty sumienia. Jedna mama powiedziała mi kiedyś, że bycie mamą wiąże się z ogromnym poczuciem winy, z którym zaczyna dzień i z nim go kończy.

Wiem, że pierwsze lata życia naszych dzieci często weryfikują nasze przyjaźnie i znajomości. Niestety to efekt rzeczonej, pozornej rywalizacji. Upragnione spotkanie z przyjaciółkami, czas, kiedy można sobie ponarzekać do woli, bez owijania i upiększania, okazuje się często być rozczarowaniem. Znam mamy, które nie otrzymują wsparcia najbliższych, ale czują się oszukane nawet przez przyjaciółki i koleżanki. To oszustwo wynika z tego, że roztaczana jest wszem i wobec wizja cukierkowości macierzyństwa. Kiedy my otwieramy się ze swoimi bolączkami, niestety nie otrzymujemy tego samego. Wręcz przeciwnie, jesteśmy ciągnięte w dół – nie taki proszek do prania, nieergonomiczny wózek, nie takie pierwsze buciki, nieodpowiednie kosmetyki pielęgnacyjne, za szybko rezygnujemy z karmienia piersią. Przykłady można mnożyć. Nie mówię, że należy kłamać, udawać, ale przynajmniej nie krytykować, nie potępiać, nie wyśmiewać naszego podejścia, uczucia czy możliwości finansowych i osobowych. Czasami dobrze przemilczeć i zastanowić się, czy drugiej mamie jest potrzebna twoja wiedza lub pomysł na rodzicielstwo. Niemniej jednak szczególnie mamom spodziewającym się pierwszego dziecka można zaproponować rozmowę, która pomogłaby im przygotować się na różne niespodziewane sytuacje, które mogą mieć miejsce po porodzie. Nie chodzi tu o straszenie wizją komplikacji porodowych, ale o podpowiedź, co można zrobić, by ból może był mniejszy, jak sobie z nim radzić. Niestety, często w rozmowach młodych mam pomijana jest kwestia tzw. baby bluesa. Czytałam o depresji poporodowej, ale, jak się okazuje, to pierwsze występuje znacznie częściej. Byłam przekonana po fachowej lekturze, że ten stan występuje rzadziej i kojarzył mi się z czymś znacznie gorszym, np. z zaburzeniami psychicznymi. Sama doświadczyłam przygnębienia poporodowego i niestety żadna z bliskich mi osób o tym nie mówiła, a jak się później okazało, również to przeżyły. Czułam się bardzo osamotniona w tym trudnym doświadczeniu, a nawet poniekąd zdradzona, że nikt mnie wcześniej nie uprzedził, z czym się będę mierzyć. 

Ciemniejszej strony macierzyństwa z wiadomych względów nie chcemy pokazywać, ponieważ albo się jej wstydzimy, albo nie czujemy, że możemy zrobić coś równie dobrze. Przekonanie, że są pewne rzeczy, które możemy jako rodzice zrobić dla swoich dzieci lepiej, posuwa nas do permanentnej potrzeby wychodzenia naprzeciw trudnościom i uczenia się nowych przydatnych umiejętności. To nie znaczy, że jest to bezsensowne działanie. Dzisiaj rodzice częściej sami reagują na symptomy świadczące o pojawiającym się możliwym problemie. I jest to naturalna postawa, bardzo świadoma. Niemniej jednak czasami mam wrażenie, że doszukujemy się na siłę pewnych problemów. Tak bardzo boimy się, by nasze dziecko w jakiś sposób nie odstawało albo nie było pozbawione wsparcia lepszego od tego, które my dostaliśmy, albo takiego, na jakie zasługuje. 

Dzisiaj duży nacisk kładzie się na integrację sensoryczną. Jak się okazuje, prawidłowe połączenia zewnętrznych bodźców, takich jak dotyk, równowaga czy czucie wspomaga rozwój układu nerwowego, a co za tym idzie – rozwój chociażby mowy, umiejętności chodzenia czy pisania. Mamy z całych sił szukają wsparcia i same niekiedy je organizują, kiedy w tej materii zaistnieją nieprawidłowości. Sama miałam możliwość uczestniczenia z synkiem w spotkaniu, w którym mamy zorganizowały dla swoich dzieci zabawy sensoryczne, np. malowanie jadalnymi farbami. W domu również wykonujemy tego typu zajęcia i mamy ogromną frajdę, kiedy uda się coś zrobić, nauczyć nowej umiejętności. Choć czasami i w tym względzie zauważam pewną rywalizację mam. Prześciganie się w zabawach, mam wrażenie, powoduje nadmierne pobudzenie naszych dzieci, które nierzadko w bardzo młodym jeszcze wieku są najzwyczajniej w świecie zmęczone ciągłą aktywizacją. 

Wizerunek naszej rodziny czy właśnie macierzyństwa na zewnątrz wiele o nas mówi. Wiem, że wiele mam w okresie przed- i okołoświątecznym odczuwa ogromny ból, patrząc na zdjęcia pięknej, uśmiechniętej i wystrojonej rodziny, wiedząc, że w ich domach często wcale tak cukierkowo nie jest. Że końca porządków nie widać, że emocje dzieci związane ze świętami powodują chaos, rozdrażnienie i ogólne pobudzenie, że trzy razy zdążyliśmy się pokłócić z mężem. A tu zdjęcie jak wyrzut sumienia. A prawda jest taka, że to zdjęcie też okupione jest nierzadko kłótnią czy dąsami dzieci. Sama wpadłam nieraz w taką pułapkę, nie ukrywam tego. Chcę i potrzebuję czasami takiego zdjęcia, by czuć, że to, co robię, robię często dla takiego właśnie szczęśliwego obrazka. Będzie można się pochwalić, wywołać zdjęcie, dać dziadkom. Czy w ten sposób oszukujemy? Przecież na ogół jest dobrze, a święta to taki piękny czas w roku, czemu nie mieć pięknej pamiątki. Jednak często przychodzi mi na myśl taka refleksja, że wiele razy w naszym macierzyństwie próbujemy się wpasować w ogólną tendencję. Próbujemy stale coś udowadniać, sprostać czyimś oczekiwaniom. Dlatego, kiedy przeglądam zdjęcia z początków macierzyństwa, to się cieszę, że mąż zrobił mi kilka zdjęć niepozowanych, ukradkiem, gdzie widać moje zmęczenie, a zarazem radość. Wtedy byłam naprawdę sobą. To byłam ja prawdziwa. Jeżeli będziemy stale same siebie oszukiwać, to istnieje ryzyko, że przeniesiemy nasze obawy czy oczekiwania na nasze dzieci. Nie znaczy to jednak, by od dzisiaj pokazywać w mediach społecznościowych tylko gorsze momenty, podkrążone oczy czy bałagan w domu, ale by nauczyć się dystansu do siebie samej. A co najważniejsze zaakceptować siebie, ze wszystkimi błędami i konsekwencjami, jakie niesie ze sobą macierzyństwo.