Jest kilka rzeczy w macierzyństwie, których naprawdę nie lubię. Tak po ludzku mnie wykańczają, sprawiają, że czasem chcę gdzieś uciec, zaszyć się tylko w swoim towarzystwie. Pewnie większość mam ma takie chwile czy rzeczy, o których nie chce nawet myśleć, ale czasami wstyd nam się do tego przyznać. Macierzyństwo to oczywiście pełnia szczęścia, satysfakcji, ale czasem nasza wewnętrzna bateria jest na wyczerpaniu. Mamy dosyć proszenia, namawiania, tłumaczenia, sprzątania, wymyślania i wielu jeszcze innych rzeczy. Niekiedy umiemy zapanować w porę nad wylewem żółci, żalu, zanim poziom wyczerpania pokaże zero. Niestety bywa i tak, że wszystko mija się z planem. Bywa, że dochodzi do wybuchu. Tego ostatniego często bardzo się wstydzimy. Niepanowanie nad sobą, niepohamowana wściekłość w słowie i czynach mocno nas rozstrajają psychicznie i wzbudzają w nas, niekiedy słusznie, poczucie winy. 

Czasem bywa, że te sytuacje występują jedna za drugą. Najgorzej jest jednak, kiedy wszystkie rzeczy, które nas tak mocno irytują i pozbawiają sił, się skumulują. Niestety, przy dwójce dzieci o tak odmiennych temperamentach takie sytuacje zdarzają się coraz częściej.

Jedną z rzeczy, która mocno mnie przytłacza, jest karmienie piersią. Ostatnio nie jest to chwila pełna miłości, zbliżenia. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że karmię małą piranię i to naprawdę mocno zajadłą. Córka ma buzię pełną zębów, ponadto nie widać wcale chęci samoodstawienia. Zawsze planowałam karmić piersią swoje dzieci tak długo, jak będzie im to potrzebne. Jednak przyszedł taki moment, kiedy staje się to zbyt uciążliwe. Moje dzieci w pewnym momencie pierś traktowały jako swego rodzaju pocieszenie w ich małych trudach. Najciężej jest niestety w nocy, ponieważ wstaję do córki kilka razy i bez piersi praktycznie nie ma spania. Ponadto kwestia usypiania przyczynia się niekiedy do mojego gorszego samopoczucia. A dokładniej – bez mamy dzieci nie idą spać. Jak nie ma taty, to jeszcze taka sytuacja wchodzi w grę. Miałam cichą nadzieję, że przy drugim dziecku usypianie starszaka przejmie tata. Szybko się okazało, że dla syna to moment, w którym nie wyobraża on sobie, żeby mnie zabrakło. Jak można sobie wyobrazić, kiedy jedno ma kłopoty z zaśnięciem, drugie nie chce wypuścić mamy. Lubię spać z dziećmi. To naprawdę potrafi być kojące, jednak zdarza się, że wspólne spanie skutkuje naszym niewyspaniem i bolączkami. Szczególnie jak ma się chory kręgosłup i doskwiera rwa kulszowa.

Wiem, że dla niektórych mam przygotowanie posiłków dla dzieci, którym dopiero rozszerza się dietę, jest ogromnym przeżyciem. Raz, że człowiek naprawdę się napracuje, dwa, że przygotuje się psychicznie do większego sprzątania i prania, a dziecko nagle stwierdzi, że mu nie smakuje, i czasami da temu wyraz, plując, rzucając jedzeniem czy wręcz okropną histerią. Starszaki też mogą dać popalić w tej materii. W naszym przypadku z jedzeniem nie było aż tak źle, aczkolwiek przedszkole swoje zrobiło. Dziś syn zaczyna dostrzegać pietruszkę, koperek w daniach, nie podoba mu się zastawa. 

Jednak najbardziej do szewskiej pasji doprowadza mnie sprzątanie codziennie tego samego bałaganu. W ciągu tygodnia mam wrażenie, że jest to mimo wszystko mniej uciążliwe, bo mamy swój określony rytm dnia. Najtrudniejsze przychodzi właśnie w weekendy albo w święta, albo kiedy mąż ma urlop. Wówczas nasz dom żyje, jakby nie miał żadnych reguł i zasad. Jest totalne rozluźnienie, które owszem jest czasem potrzebne, niemniej jednak, będąc codziennie w domu z dziećmi, chciałoby się mieć czysty, schludny i uporządkowany dom dłużej niż przez pół godziny. 

Obok powyższych sytuacji są jeszcze ciągłe pytania: dlaczego, po co albo stwierdzenia: nie chcę, nie potrafię, pomóż. Kombinowanie, aby od razu dziecka do czegoś nie zrazić albo żeby do czegoś namówić. Ponadto mamie brakuje często prywatności w toalecie, bo akurat w tym momencie dziecko chciało pokazać swój nowy rysunek czy porozmawiać o dinozaurze, czy po prostu przytulić się i dać buziaka. Dziecku naprawdę nie przeszkadza ani zapach, ani twój niezbyt stosowny w tym momencie strój i wygląd.

Każda z mam posiada swoje granice, kiedy czasem te niewinne rzeczy potrafią urosnąć do rzeczy mocno irytujących. Czujemy się bezradne, małe i zaniedbane. A to, jak się okazuje, może prowadzić do zdarzeń brzemiennych w skutki. Wówczas nasze zachowania wpędzają nas w poczucie winy. Jednak nie wydaje mi się, że można być zupełnie wolnym od poczucia winy. Nie jest tak, że czujemy się winne stale, zazwyczaj po jakimś czasie to uczucie maleje, w zależności od ciężaru naszego przewinienia. Mój autorytet w kwestii wychowania – Jesper Juul, którego zdarza mi się cytować, podkreśla, że tylko przejmując odpowiedzialność za swoje zachowanie, możemy uleczyć się z poczucia winy. Co to znaczy? A to, że nie wyleczymy się nigdy do końca z poczucia winy, ale jeżeli uznamy swoją winę, weźmiemy odpowiedzialność za nią i nie będziemy przede wszystkim zrzucać odpowiedzialności za swoje zachowanie na innych (czytaj: dzieci), to lepiej będzie nam się żyło. A poczucie winy będzie tylko chwilowe albo do następnego jakiegoś większego kryzysu, kiedy znowu upadniemy i damy się ponieść emocjom. 

My, mamy, różnie reagujemy w sytuacjach kryzysowych. Jedna jest bardziej emocjonalna, inna mniej. Jedna wpada od razu w histerię, a druga tłumi złość w sobie. Wszystkie emocję, bez wyjątku, są ważne. Każda nasza emocja, nawet ta, której nie lubimy, jak wściekłość, złość jest odzwierciedleniem naszego stanu. I samym okazywaniem emocji wcale nie skrzywdzimy naszych dzieci. Pokażemy im jedynie to, że czasem człowiek jest wściekły, zły, zdenerwowany. Jeżeli pod wpływem tych nieprzyjemnych emocji zrobimy czy słownie upokorzymy dzieci, to będzie to konsekwencja naszych emocji, za które musimy wziąć odpowiedzialność. Słowa wbrew pozorom ranią chyba najbardziej, potrafią na lata wryć się w naszą psychikę. Zwłaszcza nie panując nad swoją wściekłością, przerzucamy odpowiedzialność za nią na swoje dzieci, mówiąc chociażby: denerwujesz mnie, bo…, przeszkadzasz mi, mam cię dosyć, bo jesteś niegrzeczny/-na. Jesper Juul podpowiada, by w takich sytuacjach powiedzieć lepiej, że nie dajemy sobie z czymś rady, że czujemy się bezradni i wtedy wpadamy we wściekłość, a czasem, nie umiejąc się powstrzymać, ranimy dzieci czy to słownie, czy fizycznie. Co najważniejsze – zawsze trzeba przeprosić dziecko! Taka szczerość jest zdecydowanie lepsza niż budowanie zdań, które okrążają problem, a tym samym sprawiają, że znowu świadomie, bądź nieświadomie, chcemy przenieść bądź pozbyć się odpowiedzialności za nasze zachowanie.

Nie jest to proste zadanie. Wiem to ze swojego doświadczenia. Z kolei jestem pewna, że stale nie możemy też uciekać się do wymówek, że czasem nas ponosi. Jako dojrzali rodzice – dojrzali w sensie odpowiedzialni – nie powinniśmy jedynie wiedzieć, jak się należy zachować, ale też stale to praktykować i ciągle wzrastać do poziomu rodzica, mamy, taty prawdziwie odpowiedzialnego za siebie i swoją rodzinę.