Każdy arcykapłan, spomiędzy ludzi brany, dla ludzi jest ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy. Może on współczuć tym, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabości. I ze względu na nią powinien tak za lud, jak i za samego siebie składać ofiary za grzechy. A nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron. Podobnie i Chrystus nie sam siebie okrył sławą przez to, iż stał się arcykapłanem, ale uczynił to Ten, który powiedział do Niego: «Ty jesteś moim Synem, Ja Cię dziś zrodziłem», jak i w innym miejscu: «Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka». Z głośnym wołaniem i płaczem, za swych dni doczesnych, zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają, nazwany przez Boga arcykapłanem na wzór Melchizedeka.

 

Kapłan to nie anioł, ale człowiek, który sam podlega słabości. To może zadziwiać, że Bóg nie zabiera księżom, kiedy przyjmują święcenia, skłonności do zła. Ale wtedy nie byliby prawdziwie wolni, ale „programowo” bezgrzeszni. To ciągłe podleganie słabości może sprawiać, że kapłan łatwiej zrozumie innych ludzi, bo sam przeżywa ludzkie problemy. 

Jak to dobrze, że księża, biskupi to nie anioły, ale ludzie tacy sami jak każdy „zwykły” człowiek. O tym potrzeba nam wszystkim ciągle sobie przypominać, że będąc księdzem, muszę walczyć o swoją świętość, a jak księdzem nie jestem, żebym nie dziwił się, że ksiądz to nie anioł. 

Słabość, która nie niszczy i która nie gorszy, to taka, którą oddaję Bogu.