A nagle zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała wodą. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” On, powstawszy, zgromił wicher i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się!” Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże brak wam wiary!” Oni zlękli się bardzo i mówili między sobą: „Kim On jest właściwie, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?”

 

Dzisiejszy fragment Ewangelii jest w zasadzie Jezusowym pytaniem o jakość naszej wiary, którą otrzymaliśmy w czasie Chrztu św. W ten sposób staliśmy się dziećmi samego Boga. Chrzest św. dał nam możliwość uczestniczenia w życiu Kościoła. Zarazem stał się fundamentem naszej wiary. Na tym fundamencie powinniśmy budować świątynię Ducha Św., którą jesteśmy my sami. Niestety, w życiu wielu chrześcijan dzieje się inaczej.

Zatrzymują się w połowie drogi, gdzieś nad brzegiem jeziora, nawet nie myśląc o możliwości przeprawienia się na drugą stronę. Utracili wrodzoną potrzebę ciekawości świata. Nie chcą już więcej widzieć ani słyszeć. Zatrzymali się w miejscu swoich małych, powszednich spraw. Otoczyli się małostkowością, minimalizmem i egoizmem. Zasiane ziarenko wiary nie rozrasta się, nie przynosi właściwych owoców. Samozadowolenie sprawia, że człowiek lęka się podejmować jakieś nowe wyzwania. Wystarcza mu kawałek bezpiecznej ziemi nad brzegiem jeziora, gdzie zna już każdy jej skrawek. Tam go nic nie zaskoczy. Wszystko jest przewidywalne. Marazm życia, marazm wiary sprawia, że czuje się bezpieczny, ale nie do końca szczęśliwy.

A wystarczyłoby zabrać się z Jezusem na drugą stronę jeziora, aby doświadczyć prawdziwego szczęścia. Ileż niespodzianek przygotował tam Pan dla swoich uczniów, dla nas. Przeprawmy się więc z naszym Nauczycielem, Panem i Mistrzem na drugą stronę, aż do nieba samego.