Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. A wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy jesteście braćmi. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony".

 

Bardzo ważna w życiu człowieka jest akceptacja otoczenia. Nieraz jakoś szczególnie niektórzy mają wzmocnioną potrzebę bycia zauważanym, a nawet podziwianym. Jest to w każdym człowieku w różnym stopniu. Jeśli człowiek o tym wie, to może próbować pracować nad sobą. Gorzej, jeżeli tego nie widzi. Działa wtedy trochę jak dziecko, które często nieświadomie przyjmuje różne postawy, by uzyskać podziw i akceptację.

Zwróćmy zatem uwagę na drobne sprawy, które tkwią w nas, a są takim pozorowanym zachowaniem. Otóż zwracamy uwagę na to, jak jesteśmy odbierani przez innych. Nasze zachowanie wypływa nie tyle z chęci podporządkowania się przyjętym „porządkom”, ale z tego, jak jesteśmy postrzegani przez innych ludzi. Przyjmujemy pewne postawy, bo to jest według nas „dobrze widziane”. Bo na przykład świadczy o naszej głębszej relacji z Bogiem, o naszym rozmodleniu, naszej świętości. Nie zawsze mamy odwagę o coś zapytać lub przyznać, że czegoś nie wiemy lub nie rozumiemy, bo nie chcemy, aby wyszła na jaw nasza nieznajomość rzeczy. Kiedy coś czynimy, zależy nam, aby inni dobrze to odebrali, aby dobrze o nas myśleli. Niekiedy wstydzimy się być spontaniczni, bo, „co o tym powiedzą inni.” Czynimy wiele rzeczy, ale nie zawsze wypływa to z potrzeby serca. Niestety często jest wynikiem właśnie takiej obłudy, pozorów.

Spróbujmy uświadomić sobie, jak bardzo sami siebie „krzywdzimy”. Bowiem czyniąc w ten sposób, niejako mijamy się sami z sobą. Tracimy bardzo dużo. Chodzi tutaj o relacje z Bogiem. A więc postarajmy się, abyśmy przynajmniej na modlitwie starali się stanąć przed Bogiem "cali my". Bez udawania, przyjmowania jakichś postaw, które nie są naszymi. Bóg bardzo pragnie spotykać się z nami.