Jezus powiedział do przywódcy faryzeuszów, który Go zaprosił: "Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym się tobie odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych".

 

Słowa Jezusa, które dzisiaj słyszymy, to kolejna dla nas lekcja logiki Bożej miłości. Logiki, z którą jakże często nam nie po drodze. 

Kiedy czujemy się szczęśliwi? Kiedy ktoś odpowie na nasz gest, słowo, miłość, kiedy odpowie tym samym, czego doświadczył od nas, a może jeszcze pełniej i mocniej. Jezus mówi, że szczęście polega na tym, że daję tym, którzy nie odpowiedzą tym samym, którzy w ogóle niczego nie ofiarują, bo po prostu niczego nie mają. 

Czy jesteśmy otwarci, gotowi na takie obdarowanie? Takie za nic? Czy jesteśmy wolni od jakichkolwiek oczekiwań? No, może poza jednym, tym skierowanym do Boga.

Dzisiejsza perykopa ewangeliczna obnaża moje serce, które ciągle łapie się na tym, że chce odpowiedzi ludzkich bardziej niż Bożych. Ale to również światło pokazujące, gdzie jest prawda, która wyzwala... do szczęścia.