Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: «O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą, a nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia».

 

Scena opisana w dzisiejszej Ewangelii jest prawdziwie przejmująca. Odsłania ona tajemnicę Bożego serca, w którym nie ma nic z osądu czy potępienia grzesznego człowieka. Jest obecny jedynie głęboki żal, współczucie, a nawet ból, który wyciska łzy z oczu Jezusa…

W całej Ewangelii według św. Łukasza Jezus jest przedstawiony jako Ten, który w ciągu swojego publicznego życia i nauczania zmierza do jednego celu – do Jerozolimy. To w niej ma On zostać umęczony i zabity przez ludzi dla ich zbawienia. W niej też ma ostatecznie zmartwychwstać, pokonując na zawsze grzech i śmierć. Dziś widzimy Jezusa, który jest u kresu swej drogi. Stojąc na wzgórzu, z którego widać było panoramę „Miasta pokoju” (jak się tłumaczy nazwę „Jeruzalem”), Zbawiciel widzi jego tragiczną przyszłość, czyli zburzenie miasta i pogrom ludności. Dokonają tego Rzymianie w 70 roku po Chrystusie. Jednak te, wydawałoby się, czysto historyczne i polityczne fakty Jezus interpretuje w sposób głęboko duchowy. Jezus jedynie je przepowiada, nie przykładając do nich swojej ręki. Wskazuje ich przyczynę, mówiąc, że Jerozolima „nie rozpoznała czasu swojego nawiedzenia”. Owo „nawiedzenie” miało nastąpić w określony dzień i miało prowadzić do pokoju. Jednak oczy ludzi były na to objawienie zamknięte, zasłonięte tak, że go nie rozpoznali.

Oczywisty jest fakt, że Jezus nawiązuje w tych sławach do „dnia” swojej Paschy – męki, śmierci i zmartwychwstania. To właśnie te wydarzenia zbawcze przyniosły człowiekowi prawdziwą wolność i życie bez końca, bo wyrwały go ze szponów grzechu i śmierci, w których Szatan trzymał go po grzechu (por. Hbr 2, 14). Jeżeli człowiek przyjąłby tę absolutną wolność i pokój, tak naprawdę żadne wydarzenia zewnętrzne nie byłyby dla niego dramatem, nawet śmierć ciała, gdyż także ona stałaby się dla niego jedynie bramą do pełni życia, a nie jego kresem. Chrystus jednak w swoim boskim poznaniu zobaczył, że ludzie nie przyjmą Jego „nawiedzenia” i dlatego pozostaną w swoim starym stanie zniszczenia i pokonania ich przez dramat śmierci. I nawet w obliczu tego odrzucenia Jego miłości przez ludzi On nie wycofał się z oddania za nas swego życia, z darowania nam zbawienia. Jego miłość bowiem nigdy się nie wycofa, nigdy się nie wyczerpie, nigdy się nie znuży, bo Bóg jest miłością. W swej miłości jest wolny, także w dawaniu siebie człowiekowi, choćby nawet ten Go odrzucił czy nie zauważył. My też jesteśmy wolni wobec Boga i Jego miłości…