Bracia: Czyż Bóg odrzucił lud swój? Żadną miarą! I ja przecież jestem Izraelitą, potomkiem Abrahama, z pokolenia Beniamina. Nie odrzucił Bóg swego ludu, który wybrał przed wiekami. Pytam jednak: Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli? Żadną miarą! Ale przez ich upadek zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa. Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich mała liczba – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości! Nie chcę jednak, bracia, pozostawiać was w nieświadomości co do tej tajemnicy – byście o sobie nie mieli zbyt wysokiego mniemania – że zatwardziałość dotknęła tylko część Izraela aż do czasu, gdy wejdzie do Kościoła pełnia pogan. I tak cały Izrael będzie zbawiony, jak to jest napisane: «Przyjdzie z Syjonu wybawiciel, odwróci nieprawości od Jakuba. I to będzie moje z nimi przymierze, gdy zgładzę ich grzechy». Co prawda – gdy chodzi o Ewangelię – są oni nieprzyjaciółmi ze względu na wasze dobro; gdy jednak chodzi o wybranie, są oni – ze względu na praojców – umiłowani. Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne.

 

Pierwszą myślą po lekturze dzisiejszego tekstu otwierającego sobotnią Liturgię Słowa było przekonanie, że trzeba dziś uważnie przeczytać wszystkie zdania 11. rozdziału Listu do Rzymian. Naprawdę mocno musi wybrzmieć argumentacja św. Pawła, że Bóg naprawdę nie odrzucił nikogo z tych, których wybrał. Owszem – pozwala doświadczyć konsekwencji odrzucenia, czasem nawet oszczędzi cierpienia, byle tylko sprowokować nas do zmiany myślenia i ociosać trochę wrodzoną (lub odziedziczoną jak przysłowiowe kukułcze jajo) pychę i hardość. Bo ŻYCIE jest warte tego zatrzymania i porzucenia drogi w kierunku śmierci – szczególnie, gdy się usłyszy wypowiedziane z taką mocą: „Bo dary łaski Boga i zaproszenie – nieodwołalne” (Rz 11,29).

I to jest DOBRA NOWINA na dziś dla każdego z nas – bez wyjątku!