Jezus powiedział do swoich uczniów: «Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych».

 

My, chrześcijanie żyjący w konkretnych realiach tego świata, przyzwyczajeni już jesteśmy do wiadomości o stratach lub zyskach firm, o wzroście lub spadku inflacji czy też PKB. Zaczynamy tak myśleć niemal o wszystkim. Nawet na sprawy związane z wiarą i życiem duchowym tak niektórzy patrzą, pytając: a co mi to da, że pójdę na Mszę św., a co będę z tego miał, że zawrę sakrament małżeństwa, jaki z tego pożytek?... 

Takie interesowne patrzenie na życie jest źródłem zadziwienia i niezrozumienia Boga jako Dobrego Pasterza, który dla ratowania jednej zagubionej owcy gotów jest zaryzykować całą resztę. Tylko dlaczego nas to dziwi? Dwa tysiące lat temu świadomie zostawił, oddał wszystko, bo życie swojego Jedynego Syna, aby mnie odkupić, odnaleźć i wyzwolić z beznadziei grzechu. 

Tak. I chociaż odkupił nas wszystkich, to miał na myśli każdego z nas z osobna, każdego szukał i wołał po imieniu. I wciąż tak woła. Każdy z nas liczył się i liczy dla Boga jako ktoś jedyny i niepowtarzalny, za którego odnalezienie wciąż warto zaryzykować wszystko. 

Jak w to uwierzymy, to przestaniemy się dziwić Bożej ekonomii zbawienia i może mocniej zapragniemy już więcej się nie gubić...