Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go rozpoznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych tam, gdzie jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby ci choć frędzli u Jego płaszcza mogli dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

 

Widzimy dziś Jezusa dokonującego licznych i spektakularnych uzdrowień. Może gdzieś na dnie naszych serc pojawia się nostalgia czy nawet smutek, że nie możemy być dziś naocznymi świadkami takich wydarzeń… Czy rzeczywiście? Wydaje się, że jedno z kluczowych słów w tej krótkiej perykopie to “dotyk”. Żeby doświadczyć uzdrowienia, muszę Go dotknąć! Wielu nam współczesnych chciałoby może i doświadczyć cudu, nadprzyrodzonej interwencji w swoje życie, ale jednocześnie unika spotkania z Nim. Tymczasem uzdrowienie pochodzące od Jezusa nie może dokonać się za Jego sprawą i jednocześnie poza Nim. To właśnie w Eucharystii czy sakramentalnej spowiedzi – dostępnych nam środkach otwarcia na łaskę – jest obecny namacalny, realny Bóg. To tam jest uzdrowienie, także to fizyczne.

Niech Maryja, Uzdrowienie Chorych, wyprasza nam zdrowie duszy i ciała. Amen.