Przynosili Jezusowi dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego". I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je.

 

Ile w nas pozostało z dziecka? Ile świat zabrał z naszego dziecięctwa? Jeśli chcemy mieć udział w królestwie Bożym, musimy znowu stać się dziećmi. Nie chodzi tu o to, by zdziecinnieć, ale by obudzić w dojrzałej osobie te dziecięce cechy, które nie spowodują wypaczenia dorosłości.

Spróbujmy przez chwilę poobserwować dzieci. Nas, dorosłych może dziwić, że obrażony maluch zaraz wraca do przerwanej kłótnią zabawy. Zaledwie chwilę dziecko się gniewa lub płacze z powodu doznanej krzywdy. A my, dorośli? Latami potrafimy nosić urazę w sercu. Przebaczenie to dla nas proces. Potrafimy do własnej siostry lub brata nie odzywać się pół życia, nie wspominając o ludziach pozornie obcych, ale noszących ten sam znak chrztu na sercu.

Zranione dziecko biegnie do mamy lub taty, przytuli się, wyżali i przebaczy. To są cechy, które powinniśmy odnajdywać w dorosłości. Ten szybki sposób na odnajdywanie wewnętrznego spokoju, jaki mają dzieci, to naturalny stan dziecka. Chęć bycia razem. To te dziecięce cechy powinniśmy ożywiać w nas na co dzień. Im wcześniej obudzimy w nas dziecko, tym łatwiej nam będzie wejść do domu Ojca.