Pewien człowiek zbliżył się do Jezusa i padając przed Nim na kolana, prosił: «Panie, zlituj się nad moim synem! Jest epileptykiem i bardzo cierpi; bo często wpada w ogień, a często w wodę. Przyprowadziłem go do Twoich uczniów, lecz nie mogli go uzdrowić». Na to Jezus odrzekł: «O plemię niewierne i przewrotne! Jak długo jeszcze mam być z wami; jak długo mam was znosić? Przyprowadźcie Mi go tutaj!». Jezus rozkazał mu surowo, i zły duch opuścił go. Od owej pory chłopiec odzyskał zdrowie. Wtedy uczniowie podeszli do Jezusa na osobności i zapytali: «Dlaczego my nie mogliśmy go wypędzić?». On zaś im rzekł: «Z powodu małej wiary waszej. Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: „Przesuń się stąd tam!”, a przesunie się. I nic nie będzie dla was niemożliwego».

 

„Kiedy przyszli do tłumu, pewien człowiek podszedł do Niego, ukląkł przed Nim i błagał: «Panie, zmiłuj się nad moim synem!» (…)”.
    
Z tekstu wynika, że ojciec wstawia się za swoim chorym dzieckiem. Dla dzieci zrobimy wszystko. Nie bacząc na upokorzenie, na ośmieszenie, klęcząc, patrzymy Jezusowi prosto w oczy w tabernakulum i zanosimy swe błagania.
    
Nic dotąd nie pomagało: mądra diagnoza lekarska, dobre rady głęboko wierzących. Nic nie pomagało. Potrzeba głębokiej pokory, zgiętych kolan całkowitego zaufania Panu. W duchu powtarzam po raz nie wiem już który: „Jezu, Ty się tym zajmij”, bo nie mam już sił i możliwości. Tobie oddaję nasze dziecko i jego sprawy życia codziennego. I ufam, ufam, że zajmiesz się nim tak, jak zająłeś się nami - rodzicami. Nie zostawiasz nas samych, nie zostawiasz spraw nie załatwionych. Stawiasz na naszej drodze dobrych, mądrych ludzi, z którymi lżej jest żyć. Świat jest wart miłości, przyjaźni. Wtedy lżej nieść swój codzienny krzyż. Chwała Panu.